„Każda wyspa jest swoistym mikrokosmosem, jesteś więc przede wszystkim z danej wyspy, na drugim miejscu jesteś mieszkańcem Azorów, a dopiero później jesteś Portugalczykiem”, tłumaczy mi Rute, która przeprowadziła się na środek oceanu ponieważ na „kontynencie”, jak mieszkańcy archipelagu nazywają kontynentalną część Portugalii, nie mogła znaleźć pracy. Siedzimy w barze „O Pirata”, za oknem fale rozbijają się o skały, a ja myślę sobie, że nie jest to pozbawione sensu: Azory wyglądają, jak gdyby brnącemu w wodzie olbrzymowi, jednemu z tych, których bali się wsiadający na statki Portugalczycy, skapnęło trochę lodów pistacjowych i – mimo upływu lat oraz silnych starań Atlantyku – plamki zostały do dziś. Głównym kleksem na oceanicznej szacie jest S. Miguel, największa i najgęściej zaludniona z wysp, a Terceira, ta, na której się znajdujemy, jest drugą co do ważności, choć trzecią co do wielkości. „Czasami rywalizują one pomiędzy sobą, nie trudno być bowiem lokalnym patriotą, gdy podróż promem z wyspy na wyspę zajmuje kilka godzin, a przez lata bilety lotnicze na kontynent były drogie i niedostępne”, tłumaczy Rute. Moje trzydzieste urodziny świętowałam na S. Miguel, więc aby sprawiedliwości stało się zadość, na Terceirę, czyli po portugalsku „Trzecią”, przyjechałam aby świętować te trzydzieste trzecie. Czy nie łatwiej będzie skojarzyć fakty i wyłuskać tę podróż z czeluści pamięci gdy, otoczona wianuszkiem wnuków, będę bujała się na ganeczku z widokiem na ocean…. kto wie, może na Azorach?

Na razie wsłuchuję się w słowa Rute, która wprowadza mnie w sekrety wyspiarskiego życia: jeden teatr, w którym grają coś od czasu do czasu, kino, w którym seanse są trzy dni w tygodniu oraz dyskoteka, w której młodzi, którzy nie wyjechali na studia na S. Miguel lub na kontynent łączą się w pary, by szybko wziąć ślub, mieć dzieci i w wieku trzydziestu lat być gotowym do rozwodu. Według Rute mieszkając na wyspie można zaoszczędzić, nie ma tu bowiem żadnej galerii handlowej, można się również uspokoić, jako że brak tu gonitwy i zgiełku charakterystycznych dla metropolii. Część mieszkańców wyjedzie w poszukiwaniu rozrywki i wielkomiejskiego życia, na ich miejsce przyjadą jednak inni – będą to małżeństwa, które szukają spokojnego miejsca do wychowania potomstwa, lub śmiałkowie zdecydowani na alternatywny tryb życia w gąszczu ekologicznych plantacji. Rute pokazuje mi zdjęcie swoich znajomych, pary Holendrów z małym brzdącem, którzy mieszkają na jednej z nich, organizują warsztaty z przytulania, wynajmują pokoje turystom i nawożą swoje drzewa owocowe pozostawionym przez nich ekskrementami. „Dziękujemy naszym gościom za ich hojne dary, dzięki Wam nasze śliwki będą jeszcze pyszniejsze!”, widnieje podpis pod zdjęciem, na którym wysoki blondyn międli w ręku brunatną maź, a ja zastanawiam się czym nawozi swoje owoce pan Józef, od którego kupiłam na targu pyszne banany i soczyste ananasy.

Azorskiej wsi zdążę jeszcze posmakować, pierwszy dzień na wyspie poświęcam jednak na poznanie jej głównego miasta, Angra do Heroismo, które wygląda, jakby ktoś rozsypał torebkę landrynek. Białe domki wystawiają do słońca swoje wielobarwne framugi i szczerzą się kolorowymi drzwiami – palecie szalonego malarza nie umknęły także najpoważniejsze instytucje i nawet Azorskie Centrum Onkologii wygląda jak słodki cukierek. Przechodzę obok pomnika Vasco de Gama, który wracając do Lizbony ze swojej pierwszej podróży do Indii zatrzymał się tutaj ze względu na chorobę swojego starszego brata – nie omieszkuję złożyć mu kondolencji, Paulo de Gama zmarł bowiem dzień później. Słynny marynarz zdaje nie zwracać na mnie uwagi, od lat zapatrzony w kościół o barwie dropsa. Gdy kończą mi się kolorowe uliczki miasta, wspinam się na Fort św. Sebastiana, wybudowany by odstraszyć piratów zainteresowanych statkami zwożącymi do Lizbony bogactwa z Ameryki, Afryki i Azji. Nieprzyjaciela witają tu armaty oraz wilcze doły, a mnie wita melancholijny żołnierz José, który ma mnie oprowadzić. Jak tłumaczy, fort jest miejscem zamieszkania 250 żołnierzy, z czego jedynie 20% to miejscowi, a aż 80% pochodzi z kontynentalnej części Portugalii lub z innych wysp. On sam urodził się na S. Miguel i wolałby służyć na kontynencie, gdzie zawsze trochę więcej się dzieje, jednak wojsko postawiło mu warunek: albo Terceira, albo może zapomnieć o mundurze. Z pracą było ciężko, więc przyjechał na „konkurencyjną” wyspę i teraz z siedmioletniej służby został mu tylko rok – mimo że nie ma pojęcia, co będzie robił dalej, nie może się już doczekać powrotu na S. Miguel. „Lepiej zginąć wolnym niż umrzeć w niewoli”, czytamy wspólnie napis na ścianie i rozmawiamy o historii fortu, jednak bardziej niż ona w pamięci zapisuje mi się obraz batalionu melancholijnych żołnierzy – tam w oddali ich wyspy, Lizbona hen, jeszcze dalej, a oni tu, w mundurach ojczyzny, której część stanowią, lecz która znajduje się gdzieś za bezkresem oceanu.

Gdy następnego dnia wyjeżdżamy poza miasto, trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać to, co widzę: soczysto zielone pola poprzedzielane są wszędzie niskimi murkami, jak gdyby pradziadek Antonio musiał podzielić wyspę pomiędzy tysiące wnuków, co sprawia, że teraz przypomina gigantyczną tabliczkę zielonej czekolady. Decydujemy się na spacer szlakiem „Rocha do Chambre”, poleconym przez panią z miejscowego stowarzyszenia miłośników gór, i jest to strzał w dziesiątkę: zatopieni w oceanie roślinności, spomiędzy której czasami wyłania się błękit nieba oraz wody, wspinamy się, otoczeni drzewami, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, i próbujemy katalogować odcienie zieleni. Nie jest to proste, ponieważ Matka Natura co raz się tu przebiera – naprędce zamienia seledynowy na szmaragdowy, pistacjowy na butelkowy, a później przywdziewa szatę tak jaskrawą, jak gdyby wybierała się na dyskotekę. Podczas kilkugodzinnej wędrówki nie spotykamy nikogo, czując się jak jedyni mieszkańcy wyspy, przez co drugiego dnia, gdy podążamy szlakiem „Fortes de São Sebastião”, cieszymy się z licznego towarzystwa krów. Te, jeśli chodzi o widoki, są chyba najszczęśliwszymi w całej Europie – niech schowają się te alpejskie, które nie wiedzą co to paść się spokojnie z widokiem na Atlantyk. Nic więc dziwnego, że mleko oraz masło produkowane na archipelagu reklamowane są jako produkty „od radosnych krów” – gdyby jednak złamane serce doprowadziło którąś z nich do granic rozpaczy, od przepaści i klifów oddzielają je murki, płotki, a nawet linki pod napięciem elektrycznym, których ofiarą padają również nasze uda i pośladki. „Aj”, „uj”, „uf”, podskakujemy przy każdym ukłuciu, a krowy kwitują to entuzjastycznym muczeniem. Gdy dochodzimy do miejscowości São Sebastião, w której Portugalczycy znaleźli pierwsze źródełko pitnej wody na wyspie, naszą uwagę przykuwają kolorowe domki, wyglądające jeszcze słodziej niż te, które widzieliśmy w Angra – o co chodzi z tymi wielobarwnymi chacinami, przystrojonymi na różnorakie sposoby i zwieńczonymi koronami? „Ach, mówicie o kaplicach dedykowanych Duchowi Świętemu, to właśnie jego święto jest na naszym archipelagu najważniejsze. To coś typowego dla Azorów, budujemy je również wszędzie tam, gdzie emigrujemy, znajdziecie je między innymi w Brazylii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych”, tłumaczy nam Teresa, która studiowała na kontynencie, lecz wróciła na rodzinną wyspę by wychować tu syna. Dowiadujemy się, że każda chatka nosi godną nazwę „imperium” i jest zarządzana przez miejscowe stowarzyszenie, które urządza lokalną imprezę na cześć Ducha Świętego – każdy członek, który wniósł opłatę, dostaje z tej okazji mięso oraz wino w ilości, która zależy od wysokości datku. „Wino jeszcze się wypije, ale mięsiwo muszę mrozić, tyle mi tego przysługuje, a przyznam Wam się, że datku daję tylko 10 euro! Nasze stowarzyszenie na tę okazję ćwiartuje całe krowy”, tłumaczy Teresa i wyjaśnia, że wszyscy uwielbiają te święta, bo zawsze jest co robić. „Nie masz planów na weekend? Już masz, wystarczy sprawdzić w rozpisce która wioska wyprawia w tym tygodniu imprezę na cześć Ducha Świętego”, kwituje z uśmiechem.

Gdy próbujemy wjechać na najpiękniejszy taras widokowy na wyspie, „Miradouro da Serra do Cume”, a wszystko, nawet pasące się w okolicy krowy, tonie w gęstej jak śmietana mgle, podejrzewamy, że nawet wszechobecny Duch Święty nic na to nie zaradzi. Postanawiamy się nie poddawać – przynajmniej mamy powód do śmiechu, gdy na górze stajemy przed ścianą zbitego puchu i nie widzimy kompletnie nic. Googlujemy więc widok, który powinien się rozpościerać przed nami, robimy pamiątkowe zdjęcie we mgle, a następnie zjeżdżamy w dół, by oddać się naszemu kolejnemu azorskiemu hobby – pochłanianiu świeżych ryb. Widok zostawiamy sobie na następny raz – i tak wiemy, że tu wrócimy! <3

#przewodnikpoporto #przewodnikporto #przewodnikpoportugalii #przewodnikportugalia #porto #azory

Kategorie: Przewodnik