„Moja babcia miała sześcioro dzieci, dlatego podzieliła swoją działkę na sześć równych części, aby każde mogło wybudować swój dom. Imionami też dzieliła po równo – wszystkim córkom dała na imię Maria. Po najstarszej Marii Elenie urodziła się Maria Fernanda, a następnie moja mama, Maria Adelaida, oraz młodsze Maria Izabela oraz Maria od św. Józefa. Ostatni syn, rodzynek, od imienia Maria się uchronił, jednak nie uchowały się przed nim najstarsze córki wszystkich Marii – kolejno urodziły się Anna Maria, Maria Elena, Fernanda Maria oraz ja, Maria Fernanda. Żeby porozumiewać się bez problemów, na moją ciocię wołaliśmy po prostu «Fernanda», na moją kuzynkę «Fernanda Maria», a do mnie mówiono po prostu «Nanda». Jak widzisz wyrosłam wśród kobiet, i to właśnie one nauczyły mnie piec”, Fernanda śmieje się wskazując na foremki, które zaraz trafią do rozgrzanego brzuszyska pieca. Na razie surowe ciastka są blade jak pierwsi Brytyjczycy w sezonie, jednak już teraz wyglądają apetycznie – niektóre mają na głowach jeżyka z orzeszków, inne irokeza z jabłuszek, jeszcze inne przykryły łepetyny plackami żółtego kremu. Te, które właśnie wychodzą z pieca wyglądają już jak sierpniowi turyści wracający z Algarve, są krągłe i rumiane, a moim zadaniem jest wyciąganie ich z gorących foremek i układanie na tacy, która zaraz powędruje na wystawę. „Jednak nie od razu trafiłam do kawiarni Moniki”, mówi Fernanda i przyprósza ciastka słodkim cukrem swoich historii. „Pracowałam w zakładzie włókienniczym, sprzedawałam też oliwki, a następnie przyjęli mnie do kafejki dosłownie kilka kroków stąd. Przyznam ci się że pierwszego dnia chciałam uciekać: weszłam do kuchni, zobaczyłam te wszystkie gary i pomyślałam że trzeba wiać, jednak mój szef mnie zatrzymał, powiedział, że się przyzwyczaję. Zaczęłam zaznajamiać się z okolicą i po pewnym czasie poznałam tą tu”, Fernanda puszcza do mnie oko i wskazuję na Monikę, która właśnie weszła do kuchni. „Byłyśmy w podobnym wieku, dobrze się dogadywałyśmy, więc zmieniłam kawiarnię no i tak jakoś zostało”, tłumaczy z szerokim uśmiechem.

„Kawiarnie założył mój tata, który pracę rozpoczął w wieku trzynastu lat jako pomocnik cukiernika”, wyjaśnia Monika. „Na początku znajdowała się ona na północy Porto, jednak tata zawsze marzył o samym centrum miasta. Ktoś powiedział mu, że to miejsce stoi puste – gdy tu weszliśmy byliśmy zachwyceni. Od 1880 do 1914 roku znajdował się tu jubiler, następnie otworzono tu sklep z materiałami, a później restaurację i cukiernię. My trafiliśmy tu w 1975 roku”, wspomina Monika z uśmiechem. Wodzę za jej wzrokiem po suficie, na którym rozpięty jest wielki obraz słynnego malarza Acácio Lino, po ozdobnych kolumnach i po krągłościach podtrzymujących je cherubinów – przechodnie nie mają pojęcia o tej sielskiej dekoracji dopóki nie wejdą tu zwabieni ciastkami pieczonymi przez Fernandę. „Pamiętam, że pomagałam rodzicom od momentu, gdy byłam w stanie wspiąć się na paluszkach do maszyny do robienia kawy, i od kiedy pamiętam, naszą specjalnością były pączki. Uwielbiałam je, jadłam ich tyle, że w dzieciństwie sama wyglądałam jak pączuś – mój tata świetnie je smażył i robił smaczny krem, to pod jego okiem szkoliła się później Nanda. Do tego jego pączki były większe niż te z innych cukierni, do dziś niektórzy nazywają nas «tą kawiarnią od dużych pączków». Teraz w zimie sprzedajemy ich niewiele, bo około pięćdziesięciu dziennie, i to raczej mieszkańcom Porto – obcokrajowcy, którzy do nas trafiają, często nie mają pojęcia, że jesteśmy z nich znani, i kupują u nas inne słodkości. Prawdziwy boom na pączki jest w lecie, sprzedajemy ich wtedy minimum sto”, opowiada. „Jednak to i tak niewiele”, wzdycha Monika z typowo portugalską «saudade». „Kiedyś ulica, na której się znajdujemy, zwana była «Andorrą» – w Porto nie było wtedy galerii handlowych i to właśnie tu przyjeżdżało się na zakupy z okolicznych wioseczek i miast. Aż roiło się tu od optyków, sklepów z AGD, biżuterią, skórami, a w kawiarni był stały ruch – u boku mojego taty pracowało dwóch cukierników, minimum dwie osoby obsługiwały wiecznie zajęte stoliki. Jednak wielkie powierzchnie handlowe i rodzące się wszędzie hostele przygasiły miejscowy handel, więc po śmierci mojego taty w cukierni zostałyśmy tylko Fernanda i ja. Kiedyś nie miałyśmy czasu zjeść obiadu, dziś są momenty, gdy jesteśmy tutaj same”, tłumaczy.

„Rzeczywiście, kiedyś dużo się pracowało, ale po pracy miałyśmy też więcej czasu na szaleństwa!”, chichocze Fernanda, która wyłania się z kuchni z tacą pełną ciastek. „Wszędzie było nas pełno, chodziłyśmy razem na spacery i zakupy, non stop płatałyśmy figle tu w kawiarni, a raz nawet upiłyśmy się butelką porto”, opowiada. „Nasze wypady skończyły się gdy wyszłyśmy za mąż – wiesz, dzieci, ubrania, kuchnia, człowiek przestaje mieć na cokolwiek czas! Monika poznała Paulo idąc naszą ulicą, pracował w nieistniejącym już sklepie – zaczął jadać podwieczorki w naszej kawiarni tak często, że skończyli na ślubnym kobiercu. Ja wyszłam za mąż trochę później, ale gdybym mogła jeszcze raz wybrać, to pewnie bym tego nie zrobiła. Można powiedzieć, że w moim domu pracą dzielimy się po połowie: ja gotuję, on je, ja sprzątam, on brudzi, ja prasuję, a on gniecie! Teraz portugalscy mężczyźni zaczynają pomagać, ale ci z naszego pokolenia uważają, że od roboty w domu jest kobieta. Jedyna dobra rzecz jest taka, że w zimie zagrzeje łóżko”, Fernanda uśmiecha się figlarnie. „To prawda”, przytakuje Monika. „Mój mąż nigdy nie zmienił naszej córce ani jednej pieluszki. Teraz już się czegoś nauczył, ale musiałam to na nim wymusić. Dziś też ze dwa razy zastanowiłabym się przed zamążpójściem”, tłumaczy. „Teraz będziemy się tak dobrze bawić dopiero wtedy, gdy zostaniemy wdowami!”, chichocze Fernanda, a chochliki pląsają w jej wesołych oczach. „No wie pani co, gdybym ja wiedział kiedyś, to co wiem teraz, to wziąłbym ślub dziesięć lat wcześniej!”, odzywa się klient, który dotychczas siedział cichutko przy stoliku. „Bo mamie musiał pan pewnie w domu pomagać, a żonie już nie!”, ripostuje Fernanda ze śmiechem.

Rozmowie o małżeństwie przysłuchuje się kolejna Fernanda, klientka która codziennie pija tu kawę ze względu na kobiecą przyjaźń oraz sentyment – to właśnie tu poznała swojego męża. „Ponieważ ja również pracowałam w jednym z nieistniejących już sklepów, przychodziłam tu codziennie na kawę i rogala pieczonego przez tatę Moniki. Byłam bardzo nieśmiała, więc zawsze wybierałam stolik w samym rogu i siadałam tam jak mysz pod miotłą – to właśnie tam wypatrzył mnie przyszły mąż”, klientka uśmiecha się szeroko i chętnie pozuje do zdjęcia przed kawiarnią. Gdy wracam z powrotem do środka, przy barze zauważam kolejnego reprezentanta drużyny mężów, pana Alfredo. Fernanda pyta się go o samopoczucie oraz o zdrowie żony, a następnie stawia przez mężczyzną talerzyk z jedną piątą piaskowej babeczki. Ze zdziwieniem patrzę na spodeczek, a następnie na Fernandę, której sprawne ręce starannie pakują pozostałą cztery-piąte ciastka do torebeczki. „To dla żony pana Alfreda – nie znamy jej osobiście, ale sporo o niej słyszałyśmy”, wyjaśnia. Gdy pytam o nią mężczyznę, ten uśmiecha się od ucha do ucha. „Ma na imię Teresa, ale jest tak cudna, że często nazywam ją «moją świętą». Teraz choruje na Alzhaimera, jednak kiedyś jej umysł świecił jasno jak żarówka, a ja byłem przy niej zwykłym osłem! Dziś to ja się nią opiekuję, sam wychodzę tylko raz dziennie, po ciastko. Kawiarni w Porto nie brakuje, jednak zawsze wybieram właśnie tą ze względu na piękną dekorację, sympatyczną obsługę no i oczywiście smaczne wypieki. Naprędce zjadam mój kawałek, wypijam kawę i lecę do niej z powrotem”, tłumaczy pan Alfredo i wyjmuje portfel ze zdjęciami żony. „Kiedy ją poznałem spotykałem się z pewną dziewczyną w Lizbonie, jednak gdy przyjechałem na wesele siostry, postawili przede mną Tereskę i tak już zostało! Ta pierwsza obrączka jest ze ślubu, drugą kupiliśmy na jego dwudziestą piątą rocznicę, a trzecią na złote gody – jeśli dożyjemy to za cztery lata będziemy świętować 65 lat małżeństwa. Codziennie skaczę na skakance, aby wytrwać i mieć energię zajmować się nią oraz samym sobą. Miło cię było poznać dziewczynko, teraz muszę już do niej pędzić z ciasteczkiem!”, tłumaczy pan Alfredo.

Jego miejsce zajmują dwaj panowie w średnim wieku, a na ich talerzach lądują dwa puchate pączki – Eduardo był już tutaj wielokrotnie, a teraz przyprowadził teścia, aby on też ich spróbował. „Gdybym mógł, to jadłbym je codziennie, jednak na co dzień mieszkamy w Australii. O pączkach dowiedziałem się z programu, który zobaczyłem w portugalskiej telewizji, którą oglądamy na emigracji. Czasami śmieję się, że mimo iż jesteśmy daleko, to o kraju wiemy więcej, niż mieszkający tu Portugalczycy – mój teść miesiącami może nie oglądać australijskich wiadomości, ale na portugalskie musi znaleźć czas zawsze”, śmieje się Eduardo. „Te pączki rzeczywiście są trochę inne, krem smakuje prawdziwymi jajkami, jest go więcej, no i pączek nie jest tak gęsto posypany cukrem, jak te w innych kawiarniach, dzięki czemu nie jest za słodki. W sam raz na przegryzkę przed obiadkiem – zaraz idziemy na francuzeczkę lub na flaczki”, pomrukuje pan Manuel z zadowoleniem. „Wiesz, wyjechaliśmy z Portugalii bardzo dawno temu, jednak człowiek nie przestaje tęsknić. Brakuje nam tam naszego jedzenia, wypieków, nawet zapach jest tutaj inny, my czujemy go jak tylko wysiadamy z samolotu. Rozpozna go każdy, kto ma Portugalię w DNA!”, śmieje się Eduardo i wyciąga telefon, aby pokazać mi zdjęcia. „Nie ukrywam, że w Australii dużo lepiej się zarabia, lecz również dużo ciężej się na to pracuje. Tu od człowieka szef wymagał mniej, lecz ledwo starczało na rachunki. Możemy mieć australijskie paszporty i kochać ten przybrany kraj, ale na zawsze pozostaniemy Portugalczykami. Ja niedawno obchodziłem urodziny – zobacz, wybrałem tort w kolorach portugalskiej flagi. Pierwszą rzeczą, którą robię, gdy przylatuję do ojczyzny jest zobaczenie się z rodziną, ale wiesz co robię później? Pędzę zjeść moje ulubione danie, grillowanego dorsza z pieczonymi ziemniaczkami posypanego surową cebulą! Teść wybiera smażonego dorsza z frytkami, a później idziemy oglądać piłkę nożną – w zeszłym roku na żywo zobaczyliśmy jak gra Cristiano Ronaldo, teraz podczas naszego pobytu trzy razy gra FC Porto, więc kupiliśmy bilety na wszystkie trzy mecze. Choć bilety lotnicze są drogie, staramy się tu być przynajmniej raz w roku”, tłumaczy Eduardo. „Uczymy nasze dzieci i wnuki mówić po portugalsku. Może się palić i walić, ale co sobotę o ósmej są w szkółce portugalskiego. Oczywiście, że się buntują, jednak dla nas jest to bardzo ważne i wierzymy, że kiedyś docenią nasz upór. Do tego uczymy Australijczyków o Portugalii – byliśmy przecież największymi marynarzami na świecie! Mówi się nawet, że to my jako piersi dopłynęliśmy do Australii, jednak nasi ludzie przestraszyli się czerwonej ziemi i aborygenów o prostych włosach, bo czarnoskórzy, których widzieli w Afryce, włosy mieli kręcone. Wydawało im się, że znaleźli się w piekle, dlatego uciekli. Skoro jako pierwsi dopłynęliśmy do Timoru i Japonii, to jestem pewien, że pierwsi też trafiliśmy do Australii. Cook tylko wykradł nam mapy!”, dodaje Manuel z pełnym przekonaniem.

Portugalia emigracją stoi, więc przez następne godziny pracy w kawiarni poznaję też inżyniera Bruno, który spędził trzy lata w Mozambiku, jak również panią Rosarię, która niedawno wróciła po pięćdziesięciu latach w RPA. Jednak w kafejce nie brakuje też reprezentantów mojej drużyny – ekipy imigrantów. Gdy pałaszuję obiadek, którego odpowiednikiem w kawiarni jest talerz gorącej zupy i kanapka z świeżo usmażonym kotletem, u mojego boku pojawiają się Mannan z Bangladeszu oraz Adam z Maroko. Co ciekawe, przyjechali oni do Portugalii dokładnie w tym samym czasie co ja, siadamy więc razem, pijemy portugalską kawę i gawędzimy w języku wieszcza Camoesa łaskotanym trzema różnymi akcentami. „Najpierw wyemigrowałem do Włoch, jednak zupełnie mi się tam nie podobało, ludzie tacy zimni, znerwicowani. Napisałem do kolegi, który tu już mieszkał, ten mnie zaprosił, przyjechałem i rozpocząłem pracę w sklepie z biżuterią na ulicy. Dziesięć lat minęło jak z bicza trzasnął, wystąpiłem teraz o portugalskie obywatelstwo. Gdy je dostanę może wyjadę do Anglii – Portugalczycy są sympatyczni i podobają mi się tutejsze dziewczyny, jednak sympatią niestety nie opłaca się rachunków. Z pieniędzmi jest tutaj kruchutko”, opowiada Mannan. Jego zdanie podziela Hugo, Portugalczyk pracujący jako specjalista na budowie tuż obok i który przychodzi do Moniki na trzy z pięciu kaw, które pije dziennie: na tą o dziesiątej, o czternastej i o szesnastej, bo tą po śniadaniu i po kolacji pije w domu. „Zgadzam się z tobą bracie. Ceny w Portugalii są jak w reszcie Europy, jednak zarobki niekoniecznie. Mój brat wyemigrował do Francji”, mówi i pędzi z powrotem do pracy. Czas na opinię Adama – dla odmiany Marokańczykowi, byłemu biegaczowi maratonów, w Portugalii podoba się wszystko. „Jasne, że nie zawsze było łatwo, jednak cudny mamy kraj!”, kwituje i ekipa imigrantów pomału opuszcza kafejkę. „Lubię ich, nawet gdy prawie nie mówili słowa po portugalsku, przychodzili, witali się i grzecznie wskazywali na maszynę do kawy, starając się poprosić o tą, którą lubią najbardziej”, tłumaczy Monika. „Są dobrze wychowani, dużo lepiej niż niektórzy Portugalczycy lub turyści, którzy traktują kawiarnię jak darmową toaletę, robią zdjęcie obrazu na suficie i wychodzą, lub rozglądają się i burczą tylko słowo „kawa”. Mówię takim osobom «dzień dobry» i «dziękuję» jeszcze głośniej i grzeczniej, niż zrobiłabym to zazwyczaj – chcę im pokazać, że każdy z nas, również osoba nalewająca po prostu kawę, zasługuje na szacunek”, tłumaczy Monika.

Naszą rozmowę przerywa pojawienie się robotników z budowy – ci potrzebują kawy, bo termin zdania budynku, który przerabiany jest na hotel, został przesunięty na kwiecień. Ich komentarze „nie wiemy, jak idzie budowa, to nasz szef powinien to wiedzieć” i „pewnie skończymy, jak budynek będzie gotowy”, kwitowane rubasznymi wybuchami śmiechu, nie wróżą hotelowi zbyt dobrze, lecz w niczym nie przeszkadza to wspólnemu biesiadowaniu. W kawiarni znów radośnie brzęczą łyżeczki, a na spodeczkach lądują ciastka i słone przekąski. Hotel na ulicy jest kolejną oznaką zmian, z którymi Monice udało się niedawno stoczyć nierówną walkę – budynek, w którym znajduje się kawiarnia, został kupiony przez biznesmena, któremu ze staromodną kafejką jest wyraźnie nie po drodze. „To ten sam człowiek, który odkupił słynną księgarnię «Lello» i wprowadził do niej bilet wstępu. Kawiarnię, ze względu na wystrój, chciał przerobić na nowoczesny sklep z biżuterią – turyści wchodziliby, płacili za wstęp i obserwowaliby pracę artystów, a gdyby coś kupili, to cena biletu byłaby odejmowana od sumy wydanej na zakupy”, tłumaczy Monika. „Jednak miałam nosa i w 2016 roku zaczęłam się starać o klasyfikację «Porto de Tradição», która mnie uratowała. Trzeba się mocno postarać i przekazać kilogramy dokumentów, ale ten tytuł, przyznawany tradycyjnym sklepikom i kawiarenkom, jest gwarancją mojego bezpieczeństwa przez najbliższe pięć lat – to właśnie dzięki niemu nowy właściciel nie może mnie stąd wyrzucić. Po czterech latach komisja ma mnie odwiedzić, sprawdzić, czy nic nie zmieniło w kwestii dekoracji i przedłużyć ochronę na kolejne lata”, mówi Monika z uśmiechem. „Przyznam ci się Dorota, że w pewnym momencie straciłam nadzieję – ten człowiek jest jednym z najbardziej wpływowych i najbogatszych ludzi w Porto, a przecież wiadomo, że im więcej ma się pieniędzy, tym bardziej się ich pożąda. Nasze rozmowy były prowadzone na ostrzu noża, czułam się, jakbyśmy mówili w dwóch różnych językach. Pytał się mnie, kiedy zamierzam opuścić budynek, a ja tłumaczyłam mu, że nigdzie się nie wybieram, chcę tylko nadal w spokoju piec pączki i kontynuować rodzinną tradycję. Decyzja z ratusza przyszła w ostatniej chwili”, tłumaczy Monika, a jej oczy pokrywają się mgiełką z łez.

Już mam ją pocieszać, lecz do kawiarni wchodzi elegancka starowinka – na głowie ma kapelusik, na ustach błyszczącą szminkę, a na sobie piękny, haftowany sweter. „To moja mama”, Monika uśmiecha się szeroko. „Nazywa się Almirinda, lecz wszyscy mówią na nią Becas. Będzie szczęśliwa, że cię pozna, pamiętaj, tylko nie pytaj, ile ma lat, i nie mów złego słowa na FC Porto!”, przestrzega. Pani Becas lat ma bowiem 86, jest aktywna i uwielbia wycieczki – gdy była młodsza podróżowała z mężem i córką, teraz, jako wdowa, na wyprawy wybiera się zazwyczaj sama, dlatego w wieku lat siedemdziesięciu nauczyła się angielskiego. Była już w Polsce, ostatnio wróciła z wyprawy do Laponii, gdzie trochę co prawda zmarzła, jednak bawiła się przednio. Jej obecność wypełnia kawiarnię, a ja i Monika zaraz zapominamy o smutnych tematach, tym bardziej iż plakietka z obronnym tytułem «Porto de Tradição» dumnie pręży pierś tuż obok karafeczek z winem porto. Starowinka pokazuje mi niebieskiego pluszowego smoka – maskotkę FC Porto, którego jest wielką fanką – ubraną w kolory klubu małpę oraz zdjęcia z młodości. Na jednym z nich młoda Becas, metr pięćdziesiąt w kapeluszu, wpatruje się z uśmiechem w oczy wysokiego bruneta, któremu ledwo sięga do ramienia. „Wychodziłam wtedy z kościoła, on tam akurat stał oparty o płot. Miałam pracować jako księgowa, lecz zostawiłam dla niego wszystko i zaczęłam piec z nim pączki „, tłumaczy. Nawet nie wie, jak bardzo jestem jej za tę decyzję wdzięczna – kawiarnia „Serrana” to jedno z tych miejsc w Porto, w których czuję się jak w domu.

——————

W kawiarni Moniki czasami piję kawę z moimi turystami, gdy potrzebujemy chwili odpoczynku i jesteśmy akurat w pobliżu. Jeśli chcielibyście wybrać się do niej sami, to Monikę, Fernandę, a od czasu do czasu również panią Becas spotkacie od poniedziałku do piątku, od ósmej do dziewiętnastej, w kafejce „Serrana”, pod adresem Rua do Loureiro 52. Koniecznie pokażcie im wtedy tego posta – będą szczęśliwe, że wieść o nich dotarła do Polski!

Kategorie: Przewodnik