„Skąd jesteś, dziewczynko?”, sprzedawca zerka na mnie znad okularów, a węgielki jego oczu badają moją fizjonomię szukając odpowiedzi na nurtujące go od kilku minut pytanie. „Z Polski, ale od lat mieszkam w Porto”, mówię, mając nadzieję, że rozmowa się rozwinie, dotychczas to ja zagadywałam ekspedienta, a on tylko mielił zamówioną przeze mnie kawę i udzielał krótkich odpowiedzi. Moja nadzieja nie okazuje się złudna: pod eleganckim wąsikiem kiełkuje pierwszy uśmiech, a na ladzie ląduje segregator, którego kartki Józef Manuel przerzuca, aż zatrzymuje na pocztówce z Zielonej Góry. „Zobacz, dostałem od klientów”, sprzedawca pręży się z dumą i już wiem, że zaraz poda mi rękę i ruszymy w tany konwersacji.

Zanim jednak postawimy pierwsze kroki muszę się Wam przyznać, że na parkiecie spodziewałam się innego partnera – przyszłam tutaj specjalnie, aby pogawędzić z innym człowiekiem, a kawa miała być do tego jedynie pretekstem. Zobaczyłam go, gdy po raz pierwszy weszłam do tego sklepiku i od razu poczułam się, jak gdybym odbyła podróż w czasie: na krześle, otoczony przez wielkie puszki z herbatą, worki z fasolą i staromodne maszyny siedział siwiuteńki pan, przeniesiony tu żywcem z innej, odległej epoki. Jego bezruch kontrastował z moim pośpiechem – oprowadzani przeze mnie turyści potrzebowali napić się wody, chodziło tylko o to, żeby wejść, kupić butelkę i kontynuować spacer. Choć od tej chwili minęły długie miesiące, ten obraz nie dawał mi spokoju: stary sklep, jeszcze starszy pan i mój – jakże nie na miejscu!- pośpiech w tej świątyni spokoju. Wiedziałam, że muszę tam wrócić, coś kupić, a przede wszystkim porozmawiać z człowiekiem, którego wydawał się być jednym z najstarszych mieszkańców Porto i którego oczy widziały miasto z lat czterdziestych, trzydziestych, kto wie, może nawet i dwudziestych?

„Właściciel, pan Fernando, ma 93 lata, o trzy lata więcej niż sklep, jest teraz na zapleczu. Ja jestem tutaj od lat 43, trafiłem tu jako dwunastolatek”, tłumaczy Józef Manuel dodając, że to nie była jego pierwsza praca, na chleb zaczął bowiem zarabiać jako pomocnik stolarza już dwa lata wcześniej. „Kiedyś to były czasy! Przed Świętami Bożego Narodzenia ustawiały się przed sklepem kolejki, było nas tutaj siedmioro wraz z właścicielem, mieliśmy pełne ręce roboty!”, wspomina z melancholijnym uśmiechem. „Pewnie to znasz”, Józef rozkłada na ladzie gazetkę „Pingo Doce”, czyli portugalskiej „Biedronki”, i tłumaczy, że ludzie kupują teraz kawę w gotowych opakowaniach, oszukując się często na promocjach, które wcale promocjami nie są. „Supermarkety pojawiły się około 30 lat temu, od tego czasu popularność małych sklepików znacznie spadła. Może można by to było odnowić, unowocześnić, są jednak powody, by tego nie robić..”, Józef obniża lekko głos i spogląda na zaplecze. „Na szczęście mamy jeszcze stałych klientów”, mówi i jak na zawołanie pojawia się pan Mario.

Pan Mario po kawę przybył z Vila Nova de Gaia, miasta znajdującego się po drugiej stronie rzeki. Zagaduję go, by poznać lepiej tą historię: czy przyjechał do Porto specjalnie, tylko w tym celu, czy może załatwia inne ważne sprawy, a kawa to tak przy okazji? „Czasami muszę coś zrobić w okolicy, jednak prawda jest taka, że często przyjeżdżam do Porto rzeczywiście tylko po kawę od Józefa. Robię tak od 30 lat, nauczył mnie tego mój tata”, mówi Mario z uśmiechem. „Pewnie też żeby sobie trochę pogadać?”, podpytuję, Portugalczycy uwielbiają bowiem przysłowiowe „dois dedos de conversa”, czyli „dwa deko pogaduszek”. Mario uśmiecha się i nieśmiało przytakuje, pewnie niemęsko mu się przyznać, że przyjeżdża tu też na ploteczki. W międzyczasie Józef działa: z radością włącza maszynę, pogwizduje, energicznie miesza kawę, przesypuje ją do torebki, waży i znów dosypuje trochę więcej, jego klient nie może być przecież stratny. Nie musi o nic pytać, z Mario co do ilości i rodzaju kawy od lat rozumieją się bez słów. Rozmawiamy jeszcze trochę, żartujemy, po czym żegnam się z Józefem dwoma buziakami, a sklepikarz odprowadza mnie pod same drzwi. Gdy staje w progu, a ja robię mu ostatnie zdjęcie, jego wzrok pokrywa się mgiełką smutku, może martwi się o właściciela Fernanda i o przyszłość sklepu w dobie supermarketów? „Wszystkiego dobrego w Twoim życiu, dziewczynko!”, rzuca na pożegnanie, pewnie wątpi, że wrócę, lecz ja wiem, że nie widzimy się po raz ostatni. Uwierzcie mi: kwa od Józefa jest pyszna, ale już nie mogę się doczekać, aż się skończy i po raz kolejny powędruję kilka kilometrów, by kupić ją w tym magicznym miejscu!

Tekst ten dedykuje Marcie i Grzegorzowi, pięknej parze, którą oprowadzałam ostatnio po Porto, i która pytała o malutkie sklepiki o tradycyjnym wyglądzie – o to, jak się utrzymują i kto jeszcze w nich kupuje. Was zapraszam na wspólny spacer, a gdybyście chcieli odwiedzić Fernanda i Józefa Manuela w ich sklepiku, to kawę i dobrą rozmowę znajdziecie pod tym adresem:

„O Cafezeiro”
Rua Augusto Rosa 40
098-4000 Porto

Do zobaczenia w Porto!

Kategorie: Przewodnik