„Dobry wieczór, którędy do świętej?”, pyta się starszy pan w pośpiechu, jak gdyby bał się, że urzędniczka zamknie okienko zanim on zdąży do niego podbiec i załatwić ważną sprawę. „To tam, na prawo, w kaplicy”, odpowiadam z uśmiechem, przed chwilą to ja byłam przecież zielona i zadawałam to samo pytanie. „Święta na prawo, na górze bezpłatne muzeum”, instruuje mnie pani w sklepiku. Pędzę więc do świętej, tyle przecież o niej słyszałam, w przeciwieństwie do mojej koleżanki, Portugalki, która dowiedziała się o niej dziś, i to ode mnie. „Poważnie?”, pyta zdziwiona i dzwoni do rodziców – jak się okazuję ci już tu byli, to tylko ona uchowała się tyle lat nie wiedząc o słynnej mumii.

Wchodzimy do kaplicy po której tańczą wielobarwne chochliki – to promienie słońca wpadające do środka z umieszczonych wysoko witraży. Wirują one po ścianach i podpierających je woskowych figurach. Te miny mają raczej marsowe, jak smutni tancerze, których nikt nie zaprosił na parkiet. Na niektórych z nich przyszpilone są zdjęcia, na innych kartki z listami: wyglądają, jakby czekały na ciepło ludzkich rąk, trwającą ułamek sekundy pieszczotę palców, które przyczepią do nich kopertę lub zawieszą na ich szyjach różaniec. Trudno oderwać od nich wzrok, mimo to kieruję się do niewielkiego ołtarza: na nim gęsto od kwiatów i figurek wszystkich świętych, których niezliczona ilość przywodzi na myśl wielki rodzinny zjazd. Co prawda święta Anna patrzy w książkę, a Jezus w niebo, większość z figur spogląda jednak w kierunku ustawionego pośrodku katafalku. Ja też się obracam: najwyższy czas, bym poznała Marię Adelajdę.

„Nie wejdę tam”, zapowiada moja koleżanka, sama więc pokonuję kilka schodków i staję przy kobiecie, której szept przypomina szemranie strumyka. Wydaje mi się, że wypowiada ona słowa modlitwy, „to wszystko złoto, złoto!”, słyszę jednak, gdy wytężam ucho, a starowinka znika, przepłoszona moją obecnością. Zerkam na szaty Marii Adelajdy: rzeczywiście, spoczywają na nich rozmaite łańcuszki, a one same wydają się haftowane złotą nitką. Moje oczy pomału wspinają się w kierunku jej rąk – jednej wyglądającej na nietkniętą, a drugiej roztrzaskanej – oraz pogruchotanej siekierą twarzy. Po raz kolejny przesuwam oczyma w dół: pomiędzy głową a dłońmi dostrzegam grube łańcuchy pereł, a przy stopach zmarłej złożone zostały woskowe figury. Przesuwam się w tym kierunku, aby rozszyfrować, o co prosiły świętą osoby, które były tu przede mną: znajduję tam jedno przedramię i trzy kobiety podtrzymujące wydatny brzuch, przyglądam się również krągłemu kształtowi, aby po chwili rozpoznać w nim damską pierś. Obok nich porozkładane są proste, woskowe świece – to od osób, które nie chcą zdradzić, co je trapi. Znów przesuwam się w kierunku wezgłowia i zauważam liczne ślady palców pozostawionych na szybie – kawał grubego szkła chroni Marię Adelajdę przed tymi, którzy chcieliby skończyć z jej kultem.

„Skąd tyle mieszanych uczuć wobec Marii Adelajdy – z jednej strony dziesiątki ofiar, z drugiej niebezpieczeństwo siekiery?”, pyta moja koleżanka, przysiadamy więc przed kaplicą, a ja zaczynam snuć opowieść. „Maria Adelaide, znana jako «święta z Arcozelo», nie jest świętą rozpoznawaną oficjalnie przez Kościół katolicki, jednak jest uwielbiana przez miejscową ludność”, tłumaczę. „Co ciekawe, nie pochodzi ona nawet z Arcozelo – mówi się, że była nieślubną córką wojskowego z Lamego, a do szkoły chodziła w Porto. Jej życie zmieniło się, gdy zmarł organista klasztoru Corpus Cristi w znajdującym się pod drugiej stronie rzeki mieście, Vila Nova de Gaia – ponieważ Maria była muzycznym samoukiem, została zaproszona, aby przejąć to stanowisko, tym bardziej, że ta instytucja kościelna opiekowała się w tamtych czasach samotnymi kobietami, które wnosiły za to odpowiednią opłatę. Jednak wilgoć klasztornych murów oraz ścisła klauzura nie służyły naszej bohaterce – zachorowała ona na zapalenie płuc. Ponieważ jej stan ulegał pogorszeniu, lekarze zalecili jej przeprowadzkę – najpierw do Porto, a następnie jeszcze bliżej oceanu, miejsca, gdzie będą rosły drzewa sosnowe i eukaliptusy. Klasztorna praczka, wiedząc o jej stanie, zaprosiła ją do swojej wioseczki, Arcozelo – Maria Adelajda sporządziła więc testament i wyruszyła w drogę. Przyjazny klimat oraz mieszkańcy przyczynili się do poprawy jej zdrowia: znów haftowała oraz wypiekała ciastka, z których zysk przeznaczała nie tylko na swoje utrzymanie, ale na pomoc lokalnej społeczności. Bardzo lubiła obdarowywać miejscowe dzieci słodyczami i chlebem, jak również szyć im ubranka – uczyła je również katechezy, a gdy kaszlały leczyła je robionym własnoręcznie syropem z szyszek. Godziła skłócone rodziny i była zawsze gotowa do pomocy, mieszkańcy lubili ją i szanowali. Jednak nagle stan jej zdrowia znów się pogorszył – zmarła w wieku pięćdziesięciu lat i została pochowana na miejscowym cmentarzu we wrześniu 1885 roku”, opowiadam.

„No dobrze, to dlaczego ją wykopali?”, dopytuje portugalska koleżanka. „Już ci mówię”, uchylam się delikatnie, aby przepuścić drepczącą do kaplicy kobietę i dalej toczę kłębuszek opowieści. „W 1915 roku, w czasach, gdy Portugalia potrzebowała pieniędzy ze względu na swój udział w Pierwszej Wojnie Światowej, mieszkańcom Arcozelo powiedziano, że wszyscy muszą dbać i regularnie przystrajać groby, w przeciwnym wypadku stracą do nich prawo. Ponieważ grobu Marii nikt na czas nie oczyścił, został on sprzedany innej rodzinie, a grabarz, który wykopał jej trumnę, postanowił ją otworzyć. Okazało się, że ciało nie tylko było nietknięte, ale wokół rozpościerał się zapach róż – grabarz tak się przestraszył, że nakazał swoim pomocnikom polanie ciała kwasem, a następnie zakopanie go w zbiorowym grobie. Mimo że poprosił pracowników o dyskrecję, ci opowiedzieli o niezwykłym wydarzeniu swoim rodzinom, a te rozpowiedziały to kolejnym znajomym. To dlatego następnego dnia na cmentarzu zjawiło się kilkaset osób, zmuszając go do ponownej ekshumacji ciała. Miejscowe władze, które również dotarły na miejsce, kazały grabarzowi zaprzestać pracy oraz ogłosiły, że do ekshumacji dojdzie za kilka dni, mając nadzieje, że w międzyczasie zadziałają substancje, które miały rozłożyć ciało Marii Adelajdy. Tłum jednak nie odstępował miejsca, w którym zostało złożone ciało – bał się, że władze nie dotrzymają obietnicy. Gdy w niedzielę miejscowy ksiądz – przerażony ilością osób – nie otworzył kościoła na mszę, dwie kobiety zakradły się z łopatami do miejsca pochówku i zaczęły kopać. Na ten widok inne uczepiły się kościelnego dzwonu, ludzie zaczęli napierać również na cmentarny płot, który upadł pod ich ciężarem. Gdy wydobyto trumnę i otworzono jej pokrywę, oczom setek ludzi ukazało się nienaruszone ciało Marii. Władze, które dowiedziały się o wydarzeniu, wysłały na miejsce piętnastu żołnierzy, których zadaniem było rozproszenie mieszkańców, ci nie zdołali jednak przechwycić ciała, które miejscowe kobiety przebrały i przeniosły do kaplicy, przed którą stała już kolejka, aby zobaczyć okrzyknięte tytułem świętej zwłoki. Wieść o wydarzeniu rozniosła się po okolicy, a następnie po całej Portugalii – i mimo że nie jest ona uznawana za świętą przez Kościół katolicki, zjeżdżają się do niej ludzie z całego świata”, kończę moją opowieść.

„Już prawie wszystko wiem, ale co z tymi atakami?”, pyta koleżanka i pozdrawia kolejną osobę wchodzącej do kaplicy. „Tych nie brakuje, zaczęło się już w 1924 roku. Chwilę po inauguracji nowej kapliczki nieznany sprawca podłożył pod nią bombę”, tłumaczę. „Całkowicie zniszczyła ona drzwi wejściowe oraz piedestał, na którym znajdowała się trumna z ciałem – jakimś cudem ta nie wylądowała na podłodze, a utrzymała się w pozycji horyzontalnej na dwóch kawałkach drewna. Kolejne próby miały związek z chęcią kradzieży darów od wiernych – było ich sporo, złapano między innymi byłego skazańca, człowieka o imieniu Josué, który dobierał się do skrzyneczki z ofiarami. Jednak gdy położył na niej dłonie, te przywarły do niej i całkowicie stracił nad nimi panowanie – przerażony, zaczął krzyczeć i został zatrzymany przez stróża. W 1981 roku grupa rzezimieszków rozbiła jeden z witraży i próbowała odkręcić chroniącą świętą szklaną pokrywę – gdy to się nie udało, starała się ją rozbić, roztrzaskując tym samym rękę Marii Adelaidy. Udało im się zwinąć złote łańcuszki, bransoletki oraz pierścienie, którym udekorowane było ciało, jak również pieniądze od wiernych. Dwa lata później z siekierą do kaplicy wszedł 35-letni João – zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, ten roztrzaskał nią nie tylko szybę, ale również poważnie naruszył zwłoki. Miejscowa ludność, która własnoręcznie chciała wymierzyć mu sprawiedliwość, otoczyła wtedy posterunek policji – udało się ją rozproszyć tylko i wyłącznie dzięki interwencji 80 policjantów z Porto, których mieszkańcy przywitali kamieniami. Ostatni atak miał miejsce 3 lata temu – mężczyzna, który roztrzaskał szklaną pokrywę kamieniem, tłumaczył, że «święta z Arcozelo» nie spełniła jego prośby”, tłumaczę koleżance. „Dorota, skąd ty to wszystko wiesz?”, pyta Susana z zaskoczeniem, a ja uśmiecham się do niej szeroko. „Jako przewodnik po prostu dużo czytam. A skoro już mowa o spełnianiu próśb, to chodź, zajrzymy do muzeum”, odpowiadam i wstaję z kamiennych schodków.

Przechodzimy przez sklepik, gdzie czekają na nas figury w kształcie różnorakich części ciała: zauważam, że jest i nerka, i pęcherz moczowy, a kobiecą pierś można zakupić w zestawie, lub też pojedynczo. Tuż obok nich woskowe koty, psy, samochody i książki – jest niemalże wszystko, jednak gdyby zabrakło odpowiedniego kształtu, nie brakuje obok zwykłych świec, jak również pamiątek dla tych, którzy przyjechali do Arcozelo z daleka. Wspinamy się po schodach i wchodzimy do sali, przy której wita nas zakaz fotografowania: nic dziwnego, gabloty chronią nie tylko tysiące drogocennych świecidełek, ale również prywatność ich byłych właścicieli, którzy listownie dziękują Marii Adelajdzie za spełnienie ich próśb. Tu matka ofiarowuje zdobne ubranko do chrztu, córeczka urodziła się po gorliwej modlitwie do świętej, tu panna młoda podarowuje swoją suknię: co prawda o męża prosiła w 2002 roku, a na ślubnym kobiercu stanęła w 2016, jednak suknia wisi ściśnięta wśród innych. Ponieważ te liczy się już podobno w tysiącach, dlatego muzeum chętnie wypożycza je młodym parom – dowolną suknię można zabrać na okres do 3 miesięcy pozostawiając kaucję w wysokości 50 euro. Dwa kroki dalej łamaną portugalszczyzną emigrant z Luksemburga, który odwiedził Arcozelo tuż przed operacją amputacji palca, dziękuje Marii Adelajdzie za niespodziewane uzdrowienie, i jest to tylko jeden z tysięcy podobnych listów. Tuż obok monety i banknoty z ponad dwudziestu państw, jak również ścięte warkocze, protezy, rękodzieło oraz koszulki piłkarzy – jeśli wydaje się, że czegoś tu nie ma, zaraz znajdujemy to w kolejnej gablocie. Historie opowiadanie różnorakimi piórami i długopisami, drukowanymi literami lub labiryntem ciągnących się ogonków na kartkach w linie i w kratkę, wciągają mnie tak bardzo, że niemalże wchodzę na burko strzegącej ich pracownicy. Ta podnosi wolno głowę i, pytana o ilość odwiedzających to miejsce osób, odpowiada, że zimą jest ich jedynie kilkuset w tygodniu, latem zjeżdżają się tu jednak autobusy pełne ludzi. „Często są to Portugalczycy, lecz zatrzymują się tu również zagraniczne wycieczki, szczególnie z Brazylii”, mówi z dumą funkcjonariuszka, a następnie wraca do czytanie gazety.

Wracamy do samochodu, gdzie czekają na nas dwaj cierpliwi członkowie naszej drużyny, którzy o mumiach i katafalkach nie chcieli nawet słyszeć. Gdy wyruszamy w dalszą drogę, Susana zaczyna opowiadać: „To było niezapomniane doświadczenie, choć nie spojrzałam na nią, nie mogłam!” Jeśli Wy też, jak Susana, nie wiecie, czy wdrapalibyście się na katafalk, to koniecznie przystopujcie przy siódmym zdjęciu – z ósmego zerka na Was sama Maria Adelajda.

Kategorie: Przewodnik