Pani Carla zamiata próg swojego domku miotłą pamiętającą czasy dyktatora Salazara. Nagle przerywa pracę: osoby, które przykuły jej uwagę nadchodzą z przeciwległej strony niewielkiej uliczki, wyglądają na nietutejsze i zachowują się również nietypowo. Co krok przystają przy kolejnych domkach, pieszczą ich fasady opuszkami palców, po czym odchodzą trochę dalej i jedna z nich przechyla głowę niczym czapla – chyba próbuje zrobić zdjęcie! Sytuacja powtarza się wielokrotnie dlatego pani Carla czeka. Poczeka również miotła, dom, sprzątanie i cały boży świat: jesteśmy w Portugalii, tu nie można stracić okazji do rozmowy. „Dzień dobry, skąd jesteście?”, pyta, bo osobami, które przykuły jej uwagę jesteśmy właśnie my, a w szczególności ja: nieprzyzwoicie zmacałam dom jej sąsiadki Manueli, łapę położyłam też na chateńce Fernandy i, jeśli mamy być szczerzy, nie ma domku na jej uliczce, który do najbliższego deszczu nie będzie nosił odcisku moich palców. „Przyjechaliśmy z Porto pooglądać kafelki”, tłumaczę i zaczynamy rozmawiać o miejscowych „azulejos”, które mienią się tęczą barw niczym pranie rozwieszone przez miejscowe gospodynie w głębi ulicy. Mimo że Portugalia jest nimi wyłożona od czubka głowy aż po same koniuszki pazurków, to właśnie niewielkie Ovar znane jest jako „żywe miasto-muzeum kafelków”. To dla nich do miasteczka ściągają turyści, jednak pani Carla podkreśla, że kafelki to nie wszystko. „Pieczemy cudny biszkopt, mamy przepiękną zatokę no i koniecznie musicie tu wrócić w okresie karnawału!”, tłumaczy radośnie, a ja odpowiadam uśmiechem, strofując w myślach moje ręce, które rwą się do głaskania jej domu.

Rzeczywiście, o miasteczku Ovar najczęściej słyszy się w portugalskich wiadomościach w czasie karnawału: parady i inne celebracje organizowane są tu od 1952 roku i przyciągają przebierańców z kraju i z zagranicy. Niezależnie od tego, czy spowija je gęsta mgła, czy siąpi zimny deszcz, tancerki w skąpych strojach potrząsają w rytm muzyki tym, co dała im matka natura, obserwowane przez publikę, która również podryguje, lecz odziana w puchowe kurtki. Za nimi pędzą dzieci, kukły oraz zespoły bębniarzy i trębaczy, śledzone przez platformy pełne wielkich rzeźb i uśmiechniętych artystów. Mimo że karnawał za pasem, my przyjechaliśmy dla swawoli innego rodzaju – będziemy łaskotać miasteczko po kafelkach. „Zobacz, zielone w kropeczki, a tu niebieskie w żółte kwiatki!”, wykrzykuję radośnie, gdy spacerujemy obok domów, kamienic i kościołów, które jak jeden mąż dumnie prężą piersi pokryte niedzielnymi koszulami z glazury. Tu i ówdzie z uśmiechu którejś z chatek wykruszyły się ceramiczne siekacze, nie brakuje tu też domów, które ledwo zipią ze starości i spoglądają na mnie spod zmęczonych powiek zabitych drewnem okiennic. Mimo to większość fasad zachwyca, a naszym „ochom” i „achom” nie ma końca – jesteśmy w raju miłośników portugalskich „azulejos”.

Jednak nawet w najbardziej leniwą sobotę pod kafelkowym pokrowcem musi gdzieś tętnić życie: szukamy go chodząc po pustawych uliczkach i w w końcu, zwabieni śpiewem kanarka i pokrzykiwaniami grających w domino emerytów, trafiamy do miejscowej tawerny. Ta również zewsząd obrosła „azulejos” – widniejące na nich napisy „Nie zostawiaj na jutro wina, które możesz wypić dziś” i „Czerwone czy białe, w tej knajpie wino jest doskonałe” wręcz popychają nas w kierunku baru. Z doświadczenia wiem, że w takich miejscach dzieje się magia – nie dość, że nasze kielichy napełnione zostają aż po brzegi, a na talerzach lądują chleb i smażony dorsz, to nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, lądujemy na dachu tawerny. „Pracujemy codziennie, lecz oczywiście największy utarg mamy podczas karnawału”, tłumaczy José, właściciel przybytku, który nas tu zaprosił. „Jesteśmy znani, ponieważ nasz bar ma prostą nazwę, «Ponto de Encontro», czyli «Punkt Spotkań». Nie wiesz, gdzie spotkać się ze znajomymi gdy na ulicach panuje karnawałowe szaleństwo? To proste”, mówi z dumą, „Umawiasz się w «Punkcie Spotkań»”. „Do tego pędzimy nasz własny truneczek o nazwie «abafadinho», jest on słodki i bardzo mocny! Mieszkańcy Ovar mają taką niepisaną tradycję – podczas karnawałowych szaleństw spotykają się tutaj i każdy ze znajomych musi postawić kolejkę naszego bimberku i kolejkę piwa. Gdy znajomych w grupie jest dziesięcioro, oznacza to dziesięć kieliszeczków truneczku i dziesięć szklanek piwa na jedną osobę. Dlatego musimy mieć go całkiem sporo – na ten karnawał mamy już pięć tysięcy litrów”, wyjaśnia Paula, żona Józefa, która na dachu pojawia się co prawda wywiesić pranie, ale z radością dołącza do rozmowy. „Nawet panie tyle piją?”, przecieram oczy z niedowierzaniem. „Oczywiście!”, Józef pędzi z wyjaśnieniem. „Mówi się, że kobiety podczas karnawału są jak ptaki, które wyfrunęły z klatek. Dlatego nie spuszczam mojej Pauli z oka, w karnawałowe noce pracujemy ramię w ramię”, chichocze i zaprasza nas z powrotem do środka na kieliszeczek „abafadinho”.

Słodki posmak truneczku czujemy jeszcze wchodząc do lokalnego muzeum- nurtuje nas skąd tyle kafelków w miasteczku w którym nigdy nie było ich fabryki i liczymy na to, że to właśnie tu znajdziemy odpowiedź. „Niektórzy historycy twierdzą, że nasze kafelkowe dziedzictwo ma związek z falą portugalskiej emigracji do Brazylii w dziewiętnastym wieku. Ci, którzy zaoszczędzili tam spore kwoty, a następnie powrócili do Portugalii, chcieli pokazać swój nowy status majątkowy ubierając domy w kafelkowe płaszczyki”, wyjaśnia nam pani Lourdes, która z uśmiechem oprowadza nas po kolejnych salach. W muzeum znajdujemy wszystkiego po trochu – od pięknych „azulejos” przedstawiających żony miejscowych rybaków z tacami ryb na głowie, bo kolekcję lalek i uli z całego świata – jednak kustoszka oprowadza nas z wielkim wdziękiem, zgrabnie znajdując powiązania pomiędzy miejscowym mydłem a powidłem. W naszej rozmowie nie może zabraknąć też stałych tematów rozmów mieszkańców Ovar: karnawału i biszkoptu. „Karnawał to coś w rodzaju naszej miejscowej obsesji, zaczynamy przygotowywać się do niego już w październiku! Każda grupa zbiera się w swojej siedzibie, opracowujemy wygląd platformy, stroje tancerek i tancerzy oraz przebrania dzieci i choreografię. Co roku podpasowywane są pod inny temat, musimy mocno poruszyć wyobraźnią, bo wszystkie grupy biorą udział w konkursie. Nagroda jest nieduża, więc nie pokrywa kosztów materiałów oraz długich godzin naszej pracy, jednak nie chodzi tu o pieniądze! Spotykamy się, rozmawiamy, w grupie poznajemy często naszych partnerów, a następnie nasze miejsce w niej przejmują nasze dzieci… Karnawał jest w naszej duszy, to nasza tozszamość!”, uśmiecha się Lourdes, która w jednej z grup spędziła całą swoją młodość. To właśnie za jej radą na biszkopt udajemy się do ciastkarni „Cardoso”: czas, byśmy spróbowali miejscowego przysmaku, słynnego ciasta o płynnym, jajecznym wnętrzu. Mimo iż konkurencja nie śpi i zewsząd wołają nas tablice zachęcające do wejścia akurat do tej, a nie do innej cukierni, cierpliwie zmierzamy do tej poleconej przez miejscową panią przewodnik. Opaciło się – odpływamy na obłoku jajecznej rozkoszy, miłość do której miała wśród miejscowych zaszczepić podobno siostra zakonna, która zdradziła jedemu z nich przepis na ciasto. Nasze łyżeczki niemalże wyskrobują dziurę w papierku, którym otoczony był biszkopt i nie mogę się oprzeć – muszę zapytać ekspedientkę, czy praca w tym miejscu nie wiąże się z ciągłą walką ze swoim żarłocznym „ja”. „Powinnaś zobaczyć mnie, gdy byłam w ciąży! Nie miałam ochoty na nic innego, jadłam tylko jajeczny biszkopt”, odpowiada z uśmiechem Susana. „Sama wyglądałam wtedy jak jajo dinozaura. W mojej rodzinie ciasto to je się od zawsze, nawet z owczym serem. Teraz pozwalam sobie na kawałek raz na jakiś czas”, tłumaczy pakując nasze ciasto na wynos, a ja gratuluję jej silej woli – sama na jej miejscu wyścieliłabym biszkoptem nawet siedem żołądków.

Chętnie zostalibyśmy w cukierni dłużej, jednak czekają na nas kafelki – spowite nimi jest nie tylko miasteczko Ovar, lecz również jego okolice. Kościół w Cortegaça dumnie pręży pierś, pokrytą błękitnym garniturkiem, lecz zapominamy o nim całkowicie gdy zajeżdzamy pod świątynie w sąsiedniej mieścince. Jej fasada mieni się tysiącem kolorów i wygląda jak dzieło szalonego artysty. „Błękitny kościół? Nuda!”, wyobrażam sobie, jak mistrz rzuca za siebie tubkę białej i niebieskiej farby, a chwilę potem zaczyna wyciskać na paletę kleksy żółci, zieleni i czerwieni. Czuję się, jak gdybym po raz pierwszy doznawała zjawiska fatamorgany: ja tutaj, kościół jeszcze tam daleko, czy ten cukiereczek jest prawdziwy, czy dane mi go będzie dotknąć? Wchodzimy do świątyni, a ja staram się uwiecznić tęczowe piękno kościoła zwanego „portugalską kaplicą sykstyńską”, czuję jednak, że moje starania nie oddadzą tego, co widzę. Powoli zmierzam więc ku wyjściu – nie chcę stracić zachodu słońca, bo podobno mieniące się tysiącem barw kafelki wyglądają wtedy jeszcze piękniej – jednak moje oczy spotykają się z oczyma mężczyzny, który wskazuje na ozdobną chrzcielnicę. Wspinam się krętymi schodkami na chór i nagle jestem jeszcze bliżej postaci z kafelków, nie mogę się oprzeć, by nie połaskotać w stopę pulchnego aniołka. Jak się okazuje Fernando, mężczyzna który wskazał mi schodki, z kościołem związany jest od zawsze, do dziś pamięta, jak biegał do niego boso, ilość obuwia w domu była bowiem nieproporcjonalna do liczby rodzeństwa. „Za czasów mojej młodości kościół wyglądał jeszcze całkiem skromnie – do czasu kiedy biznesmen, który urodził się w wioseczce i niefortunnie trafił do więzienia, nie opuścił jego murów i nie pomnożył swojego majątku. W podziękowaniu za to wydarzenie miał zamówić w znanej fabryce kafelki, które pokryły jego ściany – nie omieszkał też uwiecznić się na jednym z witraży”, mówi Ferdynand, dziś katecheta w kościele i jego nieoficjalny kustosz.

Pod wrażeniem wodospadu tęczowych barw prawie zapominamy o zegarkach – w międzyczasie wybiła dziewiętnasta, godzina, w której każdy portugalski Kopciuszek musi pomyśleć o „jantar”, czyli o ucieczce na kolację. Naprędce wybieramy restaurację, która ma dobre opinie i parkujemy przed nią samochód – jakie jest nasze zdziwienie, gdy wchodzimy do sali, gdzie wszyscy stoją z lampkami szampana w ręku wokół suto zastawionych stołów. Panie na obcasach nadziewają na wykałaczki równiusieńkie prostokąty różnorodnych serów, panowie skubią krojoną przez mężczyznę w wykrochmalonej koszuli wielką nogę szynki parmeńskiej – wszyscy wyglądają, jakby od dawna się znali, dopadam więc kelnera, chcę bowiem wiedzieć, czy przypadkiem nie trafiliśmy na jakieś wesele. Ten uśmiecha się spod gęstego wąsa, podaje nam kieliszki i nalewa nam schłodzonych bąbelków: „jedzcie i pijcie”, mówi tajemniczo, „a jak będziecie gotowi to powiedzcie, zaprowadzę was na górę”. Błądzimy po sali, oglądamy zdjęcia klientów, którymi przystrojone są ściany, oraz relację z kuchni, która na żywo przekazywana jest na ekranach. Trafiamy też do piwniczki gęsto wyłożonej winami – nasze oczy wolno przeskakują z butelki na butlę i szybko przekonujemy się, że od nazw, regionów oraz roczników można tu dostać oczopląsu. Gdy kelner prowadzi nas na górę, a nasze przybrudzone buciki zatapiają się w puszystych dywanach, ze śmiechem stwierdzamy, że chyba trafiliśmy do najbardziej ekskluzywnej restauracji w Ovar. Jedno spojrzenie w menu pozwala nam zrozumieć, dlaczego miejsce to nazywa się „Oxalá” czyli „Oby” lub „Mam nadzieję”- mamy szczerą nadzieję, że starczy nam środków na uregulowanie rachunku! Jedzenie jest tu jednak niesamowite, dlatego bez wątpienia mogę polecić tą restaurację jako doświadczenie „na specjalną okazję”: my pewnie nie wrócimy tu prędko, jednak wyszliśmy z radością klepiąc się po pękatych brzuszkach wypełnionych przepysznymi owocami morza.

A Wy, czy łaskotaliście już Portugalię po kafelkach, czy jeszcze wszystko przed Wami? Jeśli wybieracie się na północ Portugalii i tak jak ja uwielbiacie portugalskie „azulejos”, to polecam Wam połączenie wycieczki do Ovar rónież z miasteczkiem Aveiro, tam również doznacie kafelkowego szczęścia. A jeśli macie Wasze ulubione zdjęcia kafelków, to koniecznie umieśćcie je w komentarzach – nacieszmy się nimi wspólnie!

Kategorie: Przewodnik