„Pamiętasz, jak pachną szyszki? Albo płyn do płukania tkanin o zapachu szyszek? Jeśli zablokujesz zapach owoców, wywąchasz szyszki. To wino pachnie żywicą i bożonarodzeniową choinką”, słyszę. Mój przyjaciel Roy powoli wysuwa nos z długiego kieliszka do wina porto i zaczyna zapisywać swoje uwagi w specjalnej tabelce na komputerze, a ja wciąż siedzę z nosem w kieliszku. „Szyszki, Dorota”, mówię do siebie. „Masz poczuć szyszki!”, strofuję swój ślamazarny nochal . „Ocipiałaś?”, zdaje się odpowiadać niezdarny kinol. „Znów wywąchałem tylko czereśnie”, nosisko aż czerwieni się ze wstydu. „Granat, porzeczka, delikatne akcenty oliwy z oliwek…”, dyktuje Royowi jego wyćwiczony nos profesjonalisty. „Czereśnie, czeresienki….”, rzuca mój nos zadziornie, wyraźnie upokorzony.

„Jesteś jak moja córka”, Roy uśmiecha się pocieszająco. „Taylor też zawsze wywącha czereśnie lub truskawki”, dodaje. „Czasami trzeba lat ćwiczeń, żeby wyczuć coś innego, mnie bardzo w tym pomogła szkoła kulinarna”, tłumaczy. Tayor, córka Roya, dostała imię na cześć jednego z producentów wina porto, firmy „Taylor’s”, i jego butelki wina vintage z 1970 roku. Była w Porto jako noworodek, a teraz wraca do uwielbianego przez tatę miasta po raz drugi, już jako nastolatka. Roy nie może się doczekać, by pokazać jej Porto, do którego ze względu na pracę promotora portugalskiego wina przyjeżdża przynajmniej dwa razy do roku. Ma nadzieję, że podczas odwiedzin córka pozna wszystkich jego znajomych i również zapała miłością do miasta. Ma zatem poważne zadanie: przed jej przyjazdem zdegustować 63 wina w 6 dni. Każde z nich powinno być spróbowane minimum dwa razy oraz dokładnie opisane w kategoriach koloru, zapachu oraz smaku, jak również ocenione. Zadanie staje się jeszcze trudniejsze, jeśli weźmiemy pod uwagę, że mówimy tu o „degustacji w ciemno”: każda butelka powinna być rozebrana ze sreberek i kapsli, które mogłyby zdradzać jej producenta, oraz ubrana w specjalny sweterek z numerkiem. Aby zdążyć, Roy wie, że musi spędzić najbliższe dni w pełnym skupieniu. Od lat wie również, że może liczyć na moją pomoc.

Roy i ja spotkaliśmy się, gdy w 2012 roku pracowałam u producenta wina porto „Graham’s”. Gdy podszedł do mnie i zapytał, czy może mi zrobić zdjęcie, nie miałam pojęcia, że właśnie poznaję słynnego dziennikarza i autora poczytnego portalu „For the Love of Port”. „Moja żona też ma polskie korzenie”, powiedział patrząc na plakietkę z moim imieniem i zaczęliśmy miłą rozmowę. „W wolnej chwili wyślę ci zdjęcie”, rzucił przy pożegnaniu, a ja dałam mu swojego maila. Nie miałam pojęcia, że w tym momencie rodzi się jedna z moich najpiękniejszych portugalskich przyjaźni i najciekawszych przygód. „Byłem już w Porto dziesiątki razy, znam wszystkich producentów i mnóstwo knajp, ale tak naprawdę nie znam dobrze samego miasta”, napisze Rou w jednym z maili przed kolejnym przyjazdem do Porto w 2013 roku. „Nic się nie martw, zabiorę cię na spacer w miejsca, o których istnieniu nie ma pojęcia przeciętny turysta”, odpiszę i nasze kolejne wspólne wspomnienie to wspinaczka na wieżę opuszczonego kościoła, z którego rozpościera się piękny widok na rzekę Douro. Sławny dziennikarz na zrujnowanej wieży – to doświadczenie musiało na nim wywrzeć wrażenie, bo w podziękowaniu otrzymałam zaproszenie na degustację. „Mam do spróbowania kilkadziesiąt butelek rocznikowego wina vintage, może pomożesz mi je przygotować, a przy okazji nauczysz się próbować wino?”, usłyszę. W tym samym roku wyruszamy we wspólną podróż do doliny Douro, w której byłam już wcześniej, lecz dopiero teraz zobaczę miejsca niedostępne dla zwykłych turystów: znani producenci wina posadzą nas przy swoich rodzinnych stołach, będziemy degustować dziewiętnastowieczne trunki zrobione przez ich przodków jak również deptać winogrona na wino, które – kto wie? – po dziesięcioleciach trafią do ich potomków oraz ich gości. „Co czujesz?”, zapyta się Roy, gdy na jednej z kolacji zanurzę nos głęboko w jednym z kieliszków. „Czy ja wiem?”, opowiem lekko zawstydzona. „Czereśnie?”, palnę i zatuszuję zażenowanie szerokim uśmiechem.

Mija sześć lat, nasza przyjaźń wciąż kwitnie, mimo to mój węch nie polepszył się ani trochę: może to wina tego, że mój kontakt z winem był dosyć późny? „W moim domu rodzinnym też było niewiele alkoholu, moi rodzice na specjalne okazje robili drinki z whisky”, opowiada Roy. „Wszystko zmieniło się, gdy w wieku szesnastu lat podjąłem pracę w ekskluzywnym sklepie w nowojorskiej dzielnicy Queens. Moim zadaniem było układanie butelek na półkach. Ponieważ o winie nie wiedziałem nic, gdy klient o cokolwiek się pytał, musiałem odsyłać go do syna właściciela, który był specjalistą. Ja byłem od pracy fizycznej: nie raz rozładowywałem ciężarówkę lub wspinałem się na wieżę z kartonów, aby wyjąć właściwe pudełko. Czasami trzeba było mocno zanurkować pomiędzy skrzynkami, byłem najchudszy z pracowników, więc również mi przypadała ta praca. Abym nie upadł, kolega trzymał mnie wtedy za kostki: do dziś pamiętam, że zarabiałem 2 dolary i 10 centów a godzinę”, wspomina. Jesteśmy w restauracji u pana Ferreiry, jednej z moich ulubionych knajpek w Porto: zależy mi, aby Roy, przyzwyczajony do bywania w najbardziej ekskluzywnych miejscach w mieście, poznawał też uroki prostych jadłodalni, gdzie żywią się tubylcy. Jedzenie jest miejscowe, wino jednak Roy przyniósł ze sobą, jak przystało na specjalistę: na obus w kratę trafiają błyszczące oliwki oraz chrupiący chlebek. Zaraz wylądują też na nim kolejne garście historii zmieniających życie. „Pewnego dnia po zamknięciu sklepu syn właściciela zapytał, czy nie spróbowałbym wina – nie miałem pojęcia jak smakuje to, co układam na półkach, więc się zgodziłem. Wtedy zabrał mnie do swojego gabinetu, gdzie otworzył butelkę portugalskiego wina «Casal Garcia» za 1 dolara i 99 centów. Był 1974 rok, rok w którym w Portugalii miała miejsce rewolucja. W moim życiu też dokonał się przewrót: po raz pierwszy miałem w ustach wino!”, opowiada Roy z lekkim wzruszeniem.

„Mimo iż mój pierwszy kieliszek tego trunku nie powalił mnie na kolana, chciałem o nim wiedzieć coraz więcej. Wybrałem szkołę kulinarną w Nowym Jorku, gdzie wiedziałem, że będę mógł uczęszczać na zajęcia o winie, i to właśnie tam niesamowicie wyszkoliłem nos i podniebienie. Jednak tak naprawdę do tej decyzji popchnęła mnie moja mama, która wiecznie kończyła kolejne studia. Ponieważ nie miała czasu gotować, obiad w naszym domu to była pizza, kubełek kurczaka z KFC lub okropne, mrożone dania, które wkładało się do piekarnika. Gdy miała chwilę czasu, często przygotowywała zazwyczaj to samo danie: wątróbkę w cebulce, którą zawsze smażyła o dużo za długo. Jej motto brzmiało «jeśli mięso nie jest czarne, to jeszcze nie jest gotowe!». W weekendy mój tata robił nam naleśniki lub gofry, ale to nie ratowało sytuacji. Zdecydowałem, że u mnie w domu będzie inaczej i zacząłem pilnie się uczyć”, tłumaczy. Niby zwykły obiad po kolejnej degustacji wina, a o moim przyjacielu dowiaduje się coraz ciekawszych rzeczy. To, że w szkole kulinarnej piekł po osiem godzin dziennie i że zawsze wybierał dodatkowe zajęcia o winie – mogłam się domyślić. Ale że uwielbiał zajęcia z rzeźnictwa i obróbki mięsa? Pewnie nigdy bym na to nie wpadła. Nigdy nie słyszałam też wcześniej historii o tym, że jako manager restauracji na szczycie góry w ośrodku narciarskim w Colorado codziennie rano wwoził garnki z potrawami na wyciągu krzesełkowym. „Kuchnia była u podnóża góry, restauracja na jej szczycie. Codziennie rano robiliśmy kilka kursów: ja i mój kolega po bokach, a pomiędzy nami wielki gar pikantnego chili”, opowiada Roy i wybuchamy śmiechem.

Pierwszy kieliszek wina porto, o którym teraz najczęściej pisze? Roy uśmiecha się znów szeroko. „To było w 1983 roku, miałem 26 lat, a restauracja, w której pracowałem sprowadziła kilka skrzynek wina vintage z 1963 roku. Każdy kieliszek tego wina, które dojrzewało od dwudziestu lat, był sprzedawany za piętnaście dolarów, a każda butelka przed podaniem musiała być przefiltrowana. Mój kolega przelewał drogocenny trunek przez kawałek gazy, a następnie wyciskał mi go do ust. Robiliśmy tak przy każdej butelce, więc spróbowałem tego wina mniej więcej dwadzieścia razy: za każdym razem smakowało mi coraz bardziej! Zajęło mi jedenaście lat, zanim zaoszczędziłem odpowiednią ilość pieniędzy, aby wyruszyć w podróż do Portugalii. W międzyczasie nie próżnowałem: przeczytałem ponad 60 książek o winie porto i stałem się prawdziwym fanatykiem”, tłumaczy Roy. Podczas pierwszej podróży, w którą wyruszył z ówczesną partnerką, spędził tydzień w Lizbonie i okolicach, a na kolejne dwa tygodnie wyruszył na północ. Poznał wtedy wielu producentów, których wcześniej znał tylko z książkowych kartek, i po raz pierwszy postawił stopy w przepięknej Dolinie Douro. Jedną z chwil, która najbardziej zapisała się w jego pamięci był moment gdy Antonio, kierowca, który został im przydzielony przez jednego z właścicieli piwnic wina porto, zostawił ich w jednej z winnic. „Tu macie wężyka, a tu dwa kieliszki. Czujcie się jak u siebie w domu, możecie próbować do upadłego”, miał powiedzieć. „Można powiedzieć, że przepowiedział przyszłość”, śmieje się Roy. „Gdy wrócił oboje spaliśmy na jednej z beczek”, dodaje chichocząc.

To właśnie po pierwszej podróży do Portugalii Roy zaczął pisać o winie, jednak powrót do kolebki porto zajął mu kolejne dziewięć lat. W międzyczasie poznał swoją obecną żonę, której dziadkowie urodzili się w Polsce. Co przyniósł na pierwsze spotkanie z przyszłymi teściami? Oczywiście, butelkę wina! „Rodzice Dorene jeździli czasami do Polski i wracali z butelkami w walizkach – nawet nie wiem, co to było za wino, pamiętam tylko, że było białe i paskudne”, śmieje się Roy. „Gdy przyszedłem do nich po raz pierwszy, przyniosłem więc butelkę wina z najwyższej półki. Okazało się, że nie mieli kieliszków, dlatego jej tata wysłał mnie do łazienki po papierowe, jednorazowe kubeczki używane do higieny jamy ustnej. Przyniosłem je bez mrugnięcia okiem i bez cienia wątpliwości rozlałem do nich drogocenny trunek. Później po raz pierwszy spróbowałem ich wina z Polski, twierdząc oczywiście, że było bardzo dobre. Moja żona do dziś mówi, że to wtedy utwierdziła się w przekonaniu, że jestem tym jedynym”, opowiada. W 2003 roku, gdy Roy i Dorene pojechali do Portugalii, towarzyszyła im już maleńka Taylor. Właśnie po tej podróży upewnił się w swoim przekonaniu, że czas rzucić dotychczasową pracę i zająć się pisaniem o winie. W 2004 roku stworzył portal „For the Love of Port”, a rok później zaczął organizować wyprawy do Portugalii dla miłośników wina.

„Gdybym miał wyjaśnić, co tak kręci mnie w winie porto, powiedziałbym, że niesamowita ilość jego kategorii oraz wyjątkowych smaków i zapachów w każdym z nich. To bez wątpienia najsłynniejsze portugalskie wino i jedno z najlepszych win deserowych na świecie”, opowiada Roy gdy wracamy do zimnego jak zamrażarka pokoju degustacyjnego. Przed nami wojsko wina vintage, rocznikowego porto zwanego „królem wina Ruby”, którego deklaracja ma zazwyczaj miejsce dwa lub trzy razy na dekadę. Zazwyczaj wiąże się to z niesamowitymi warunkami klimatycznymi w regionie Douro, jednak deklarację roku jako vintage musi potwierdzić Instytut Wina Porto po dwóch latach leżakowania trunku w beczkach, stąd o tym, że rok 2017 zdobył ten tytuł dowiedzieliśmy się dopiero w tym roku. To dlatego stoi przed nami batalion niesamowitych butli – producenci wysyłają je do specjalisty, aby ten je ocenił. „Tak młode wina są jak dzieci: niezdarne i niezręczne, to dopiero maluchy, które uczą się jeździć na rowerze. Wydaje im się, że nigdy nie zedrą kolan i są nieśmiertelne”, tłumaczy Roy. „Gdy wino vintage spędzi dwadzieścia lat w butelce, można je porównać do studenta. Można już wtedy powiedzieć, czy będzie odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem – to są wina, które chcesz mieć w swojej piwniczce – czy też jest dobre, ale niewarte tego, aby przyjaźnić się z nim na zawsze – to wina, które powinieneś wypić teraz. Po czterdziestu latach leżakowania, butelki vintage są jak czterdziestolatkowie: wystarczy jeden łyk i zobaczysz, kto jest żywiołowy i będzie odnosił sukcesy aż do sześćdziesiątki, a kto jest fantastyczny teraz, lecz pomału się wypala. To co jest najważniejsze w winach vintage to znalezienie tego, co nazywamy «prime drinking window», czyli idealnego momentu, aby je wypić. To dlatego ludzie szaleją na punkcie wina vintage i chcą je kolekcjonować – rozwijają się one i zmieniają smak w butelce, są zupełnie inne za młodu, a inne, gdy się na nie poczeka. Wymagają ruszenia głową”, tłumaczy Roy.

Wracamy do degustacji. O czym nie wie Roy? O tym, że za każdym razem, gdy szykuję mu butelki, pierwsze pięć to wina, których sama chciałabym spróbować: wina od producentów, których uwielbiam, lub od niewielkich właścicieli winnic, których jeszcze nie znam. Zazwyczaj bowiem towarzyszę mu przy ocenie kilku pierwszych kieliszków, a następnie uciekam do swoich obowiązków. Pierwszy kielonek to wybuch smaku w ustach: spodziewałam się tego, jeśli dobrze pamiętam, to „Quinta do Vesuvio”, jedna z moich ulubionych posiadłości w Douro, gdzie wino do dziś jest ugniatane stopami. Próbuję kolejnych czterech kieliszków, jednak coś cały czas ciągnie mnie do tego pierwszego. „Rozumiem, o co ci chodzi”, Roy uśmiecha się ze zrozumieniem. „To wino jest jak Scarlett Johansson. Jest okrągłe, pociągające i łatwe w kontakcie. Wiem, że najchętniej wypiłabyś cały kieliszek, ale wróć jeszcze proszę do wina numer cztery. To wino, dla porównania jest jak Lena Olin, też jest kuszące, ale ma więcej klasy. Taniny są w nim jak szpiedzy, zupełnie się ich nie spodziewasz. Skradają się w ukryciu, czujesz je w buzi dopiero wtedy, gdy połykasz wino. Moim zdaniem to wino z większą przyszłością”, dodaje, a ja uśmiecham się na myśl o garbnikach-szpiegach w długich płaszczach i kapeluszach o szerokim rondzie.

Przez chwilę porównujemy numer jeden oraz numer cztery, oceniając ich kolor, smak i aromat, a ja dyskretnie googluje pod stołem Scarlett oraz Lenę, bo noga ze mnie z Holywoodu. Z ekranu telefonu spoglądają na mnie diwy o ustach pociągniętych chanelowską szminką, moje usta też są czerwone, lecz od wina, a jęzor tak purpurowy, że aż zdaje się siny. Mimo to, nie zamieniłabym tego popołudnia z Royem na żadą oskarową galę: uśmiecham się szeroko i w myślach wznoszę toast za kolejne lata naszej przyjaźni.

Kategorie: Przewodnik