Nie pamiętam momentu, gdy dowiedziałam się, że mogło by Cię nie być. Gdy to wszystko się działo miałam zaledwie dwa lata. Nie przypominam sobie chwil, gdy prawie nie mogłeś chodzić, ani gdy nie mogłeś utrzymać w rękach łyżki. Dziś wiem, że diagnoza miała miejsce w Niemczech, bo polska aparatura nie podołała złu, które rosło na splocie Twoich nerwów. Wiem również, że gdy lekarz zobaczył przywiezione z zachodu prześwietlenia odwołał wyczekiwany urlop, by stanąć na polu walki z tym, co czyhało na Twoje życie. Mówisz, że był niewysoki i miał niewielkie, zwinne ręce mikrochirurga – gdybym mogła go poznać, nie umiałabym mu dziękować, chyba tylko wybuchłabym płaczem. Wtedy byłam zbyt mała, dziś jednak wiem z jak wielkim wyzwaniem zmierzył się ratując Cię dwukrotnie: to dlatego rozumiem, jak wielkim przywilejem jest świętować Twoje kolejne urodziny. Biorę Cię za rękę tak, jak Ty brałeś mnie przez całe to dzieciństwo, pozwól, że dziś poprowadzę ja Ciebie. Chodź ze mną tato, Porto już na nas czeka!

„Chyba już wiem, gdzie jedziemy”, mówisz z tylnego siedzenia i uśmiechasz się figlarnie do mamy. „To wygląda mi na piwnicę wina”, w Twoim głosie słyszę radość kogoś, kto wraca niemalże do domu. Znasz je już prawie wszystkie: odwiedziłeś mnie, gdy pracowałam jako przewodnik w firmach Offley i Graham’s, zawitaliśmy też w innych magazynach wina należących do tych producentów. Do dziś wspominamy ze śmiechem dzień, gdy zaserwowałam Wam wszystkie najlepsze wina produkowane przez mojego pracodawcę, a na koniec podałam Wam jeszcze drinka: trójkątny kielich pełniusieńki białego porto z markują przystrojony kandyzowaną wisienką. Następnie stromymi, kamiennymi schodkami schodziliście wolniutko w kierunku rzeki: „chwała Portugalczykom za tę poręcz”, myślałam, modląc się w duchu, byście nie sturlali się niczym baryłki. Z niejednej beczki piliśmy razem wino, dziś postaram się jednak czymś Cię zaskoczyć: siadamy w wygodnych fotelach, w tle sączy się muzyka, a w karcie win prężą pierś same godne roczniki. „Wybierz mnie”, szepcze winko z 2000 roku, „Jak to, a gdzie prawo starszeństwa?”, dopytuje rocznik 1980, a kilkanaście innych dat patrzy się na mnie wymownie. Po chwili namysłu stawiam na butelkę z 1976 roku: masz wtedy równo 30 lat, za 2 lata poznasz w Bułgarii mamę, a gdy raz z nią zatańczysz już nigdy nie wypuścisz jej z ramion. Delektujemy się winem, a następnie idziemy do magicznej piwniczki, gdzie za zasłoną z pajęczyn leżakują jeszcze starsze roczniki: po wilgotnych korytarzach pełnych pękatych butelek przechadzamy się jak po kartach podręcznika od historii. „W tym roku w Rosji wybuchła rewolucja, a w tym skończyła się Druga Wojna…”, to jednak nie koniec, „Spójrz, tu jest butla z 1805 roku, a tam najstarsza butla wina porto w mieście, rocznik 1765!”. Z wrażenia nic nie mówisz, tylko mocno ściskasz mnie za rękę. „Pierwszy raz byłem w tak niezwykłym miejscu”, słyszę gdy idziemy do samochodu.

Czas na urodzinowy obiad u Klarysy i Ferdynanda, pary, która gotuje u siebie w domu: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin Pedro! „, Fernando wita nas radośnie od progu, a jego żona uśmiecha się z głębi malusieńkiej knajpki. Błogi zapach ryżu z owocami morza roznosi się po całym pomieszczeniu: tu nie ma mowy o trzech krewetkach dla ozdoby, to danie u Klarysy to prawdziwa kopalnia rarytasów z głębi oceanu! Na stół wjeżdżają przystawki, danie główne i sałata, a grzeje nas nie tylko wino, lecz również ciepło rodzinnej rozmowy. Bariera językowa przestaje mieć znaczenie, gdy przy urodzinowym szampanie siada dwóch ludzi, którzy już dawno chcieli się poznać – Ty i Fernando jesteście prawie równolatkami, on również poznał Klarysę w wirze tańca, tak jak i Ty poznałeś mamę. Jego los rzucił na front wojny kolonialnej, Tobie pod nogi kłodę choroby – rozmawiacie o tej pierwszej, o Twych zmaganiach prawie nigdy nie mówisz, choć wciąż walczysz. Gdy zdmuchujesz starannie przygotowane świeczki z napisem „73” i odśpiewujemy Ci portugalskie „sto lat”, aż mrugam, by się nie rozkleić: „nie martw się o nią Pedro, Twoje córka jest dla nas jak rodzina!”, słyszymy przy pożegnaniu. Choć trudno stąd wyjść, musimy jechać dalej: to jeszcze nie koniec tatusiu, chodź, mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę! Gdy widzę, jak obejmujesz mamę i wpatrujecie się w pejzaż, który słońce wymalowało akwarelami, wiem, że to jest najpiękniejszy zachód słońca, który kiedykolwiek widziałam. Nie ze względu na wielobarwne niebo, ani na pieniste fale rozbijające się o skały otaczające walczącą z żywiołem wody kapliczkę: tym, co mnie zachwyca jest kontur dwóch ukochanych mi głów wpatrujących się w bezmiar oceanu.

Następnego dnia świętujemy mamę: „Dzień dobry mamusiu”, wskakuję Wam do łóżka, tak jakbym znów miała kilka lat, „Dziś są Twoje niby-urodziny!”. „Co Ty kombinujesz dziecko?”, śmiejesz się i zerkasz badawczo na tatę, bo wiesz, że cokolwiek bym nie wymyśliła, ten niczym mur stanie za mną. „Wczoraj był piąty, Ty urodziłaś się szóstego, to nic nie szkodzi, że stycznia, jesteśmy razem, więc przesuńmy to o kilka miesięcy!”. Nie mówię Ci gdzie jedziemy, choć wiem, że nie przepadasz za niespodziankami: wszystko byś chciała mieć zaplanowane, bo życie już nie raz Cię zaskoczyło. Czasami zastanawiam się, jak dawałaś radę? Praca, mąż walczący o życie w szpitalu, a w domu dwójka maluśkich dzieci, którym trzeba było coś wyjaśnić… Ty jednak zawsze byłaś wojowniczką, rozkładałaś więc parasol nad naszym dzieciństwem i starałaś się przekładać rzeczywistość na język kilkulatków. „Pani doktor mówi, że tatuś jest różowiutki jak prosiaczek”, powtarzałaś i podobno nawet udawało Ci się nas rozśmieszyć. Dziś to ja chcę, byś Ty nie miała zmartwień: wskakuj do samochodu Mamo, dziś skupimy się na Tobie! Wiem, że lubisz przyrodę, ciszę oraz spokój, zanurkujmy więc wspólnie w zieleni północnej Portugalii!

Gdy zajeżdżamy do Ponte de Lima, miasteczka o malowniczym moście, dobrze poznajesz, że już tu byłaś: to jednak tylko przerwa, mamo, zaraz zawiozę Cię dalej, w nieznane. Do spaceru po alei potężnych platanów zachęcają nas chłód cienia oraz gwar targowiska. Z uwagą obserwujesz wielobarwne krążki serów oraz okrągłe brzuszyska chlebów, jednak oczy śmieją Ci się raczej do roślin: kochasz je tak, jak nienawidzisz wysokości i zakrętów. „Czy nie mogliśmy zostać tam w dole?”, pytasz, gdy samochód wspina się na jedną z okolicznych gór, a kręta jak serpentyna droga wydaje się nie mieć końca. „Jesteśmy umówieni z panią Deolindą”, odpowiadam z uśmiechem i zdobywamy kolejne zbocze, za którym wydaje się, że nikt już nie może mieszkać. Czy mieszka? Sam google przeciera pewnie z niedowierzaniem oczy, jednak uparcie prowadzi nas dalej… Jedziemy tam z polecenia, więc dopóki mamy sygnał nie sposób tracić nadziei. Gdy zajeżdżamy, wita nas szum niewielkiego źródełka, mały kościół oraz kilka skupionych wokół niego domów – idziemy do kawiarni pani Deolindy, gdzie czekają na nas zamówione zawczasu kozie sery. Siadamy na kamiennym tarasie z widokiem na nasączone zielenią łąki, nad nami faluje baldachim z winogron: wyglądasz pod nim mamo jak prawdziwa królowa! Deolinda krząta się po swoim sklepiku, jest z nią dziś syn Rui, który na co dzień pracuje w Lizbonie – słowo za słowem, zdanie za zdaniem, dziergamy szalik rozmowy. Dodajemy kilka groszy portugalskiej życzliwości i już wiem, że zostaniemy tu na obiadek: choć daniem dnia jest makaron z mięsem, sprawa przybiera nieoczekiwany obrót gdy zauważam w wazonie przeogromną kanię. „To do dekoracji?”, pytam zerkając na nią niepewnie, a Rui uśmiecha się wobec mojej niewiedzy mieszczucha. „Kiedyś byłem szefem kuchni, dziś gotuję tylko, gdy jestem w dobrym humorze. Jeśli lubicie grzyby to są wszystkie Wasze”, pokazuje nam skrzyneczkę, którą dopiero co przyniósł z lasu.

„Myślałam, że wczoraj był piękny dzień, jednak dziś jest jeszcze cudniej!”, mówisz mamo, a radość rozpiera moje serce. Przed Tobą ląduje kolejny talerz świeżo usmażonych grzybków – to już trzeci sposób na ich podanie, Rui przystopuj, bo już niedługo nie damy rady! Kończymy butlę różowego wina, a rodzina zrywa dla nas pękate kiście winogron, którymi zajadasz się uradowana. „Mogłabym spędzić tu cały dzień”, mówisz i aż trudno mi jest Ci powiedzieć, że musimy już jechać dalej: chodź mamusiu, Twe niby-urodziny się jeszcze nie skończyły! Wioseczkę opuszczasz z pełny brzuszkiem, dwoma serami i kieszeniami pełnymi sadzonek: „Warto tak było cierpieć na zakrętach”, przyznajesz z uśmiechem, a ja wiem, że na pewno tu kiedyś wrócimy. Teraz mam dla Ciebie kolejną niespodziankę: zgubimy się razem w ogrodach, tym razem jednak iście szlacheckich! Gdy docieramy na miejsce wiejskie źródełko zastępuje nam przeogromna fontanna, maleńkie chaciny przemieniają się w luksusową posiadłość, a białe ściany wiejskiego kościółka znikają na rzecz rodowej kaplicy. Po Paço de Calheiros oprowadza nas właściciel, pan hrabia, a pod naszymi stopami skrzypi wiekowa podłoga po której stąpali też jego przodkowie. Opuszkami palców muskamy zastawę i starą księgę mszalną, odwiedzamy monumentalne pokoje i przeogromną kuchnię. Żyrandole, sztućce i misy, wszystko to robi wrażenie, to nie luksusy i herby najbardziej zwracają jednak Twoją uwagę: chcesz wiedzieć, co to za gałęzie w wazonie, czy to aby nie liście laurowe? To dlatego dopijamy wino i żegnamy się z hrabią: wiem, że ciągnie Cię do ogrodu, moja Ty kwiaciarko, na nic Ci te salony, najlepiej jest Ci po kostki w zieleni! Od razu pędzisz przed siebie, na szaber: wracasz z kieszeniami pełnymi gałązek i garścią winogron, które umknęły zbieraczom. Pałaszujemy je mocząc nogi w basenie z widokiem na pałac, a nad nami znów pomału zachodzi słońce: Wasze ciepłe ręce Rodzice to wszystko, czego mi trzeba, nie oddałabym tego za żadne szlacheckie tytuły.

Dziękuję Wam za to, że ze mną jesteście. Że oboje walczyliście o to, żeby ze mną być. Sto lat Mamo i Tato, kocham Was najmocniej na świecie!

Kategorie: Przewodnik