„Wystarczy położyć ją pod łóżkiem w dniu ślubu dziewczynko, przynosi płodność! To dlatego nie ma oczu, uszu ani ust: w ten sposób nic nie widzi, nic nie słyszy i nic nikomu nie opowie”, staruszka pokazuje koszyk pełen kolorowych lalek i uśmiecha się do mnie figlarnie. Spotkanie z nią jest prawdziwą wisienką na torcie: widziałam tu już autobus pełen Chińczyków, grupę głośnych Hiszpanów i kilkunastu Anglików, dlatego nie mogę stracić okazji do rozmowy z kimś, kto nie jest tu tylko przejazdem. Ochoczo siadam na granitowej ławeczce – cóż lepszego na koniec dnia pełnego wrażeń od rozmowy z mieszkanką „najbardziej portugalskiej wioseczki w Portugalii”?

Nie wiem, ile lat ma moja nowa znajoma: choć jej młodość upłynęła podczas dyktatury Salazara, pewne nie pamięta momentu, gdy Monsanto wygrało ten sławetny tytuł. Dyktator, ojciec narodu, wszystkie wioski miłował po ojcowsku: gdy w 1934 roku opisywał „swoją” Portugalię, o miastach nie wspomniał ani słowem, mówił za to o „górach i łagodnych zboczach, pięknych dolinach i niewielkich osadach” zamieszkiwanych przez biednych lecz szczerych ludzi. Nic więc dziwnego, że to za jego czasów Narodowy Instytut ds. Propagandy zorganizował konkurs na „tą najbardziej portugalską”: mimo iż miał on odbywać się co dwa lata, kolejna edycja nigdy nie miała miejsca, tym samym Monsanto na zawsze będzie więc królować w rankingach portugalskości, przyciągając tysiące turystów. Jednym z najsłynniejszych był José Saramago, jedyny portugalski laureat literackiej Nagrody Nobla, który napisał, że powinien tu zawitać ten kto myśli, że o skałach wie już wszystko. Rzeczywiście, wśród przygranicznych wioseczek, gdzie niegdyś witało się Hiszpanów armatami, a dziś robi się to praniem, Monsanto wyróżnia się właśnie niesamowitymi głazami. Ponieważ nie można było z nimi walczyć, trzeba więc je było polubić – budowane na wzgórzu domki wpadają w ich przysadziste ramiona, wspinają się na ich karki lub kulą się pod ich wielkimi brzuszyskami.

Jako turyści trafili tu też Eliza oraz João, właściciele knajpki „Taverna Lusitana”, do której weszliśmy uciekając od nieprzyjemnego kelnera w restauracji obok. „Przyjechaliśmy tutaj dziesięć lat temu na weekend i, jak wszyscy, zrobiliśmy setki zdjęć domkom wtulonym w kamienie. Na jednym z nich, całkowitej ruinie, była tabliczka z numerem telefonu”, opowiada Eliza, a my pałaszujemy upieczone przez nią ciasteczka z czereśniami, z których słynie ten region. „Mój mąż, z wykształcenia inżynier, od dawna marzył o ucieczce na wieś, ale wyobraź sobie moją reakcję, gdy pewnego dnia zadzwonił do mnie i powiedział, że kupił tą ruinę w Monsanto! W tym samym miesiącu stracił pracę w Lizbonie, więc postawiliśmy wszystko na jedną kartę”, tłumaczy, zapytana przeze mnie o motywy przeprowadzki. Eliza i João mieszkają w Monsanto od dziesięciu lat, przyjechali sami, teraz w domku przytulonym do kamienia mieszkają we czwórkę. Zalety? „Doskonała szkoła podstawowa. Gdy zbiera się oliwki, dzieci uczą się tłoczyć oliwę, gdy zbiera się owoce, smażą konfitury. Język angielski, zajęcia teatralne – o tym w Lizbonie moglibyśmy tylko pomarzyć. Rządowi zależy, by ludzie tu zostali, więc dba o jakość edukacji”. Wady? „Na przykład odległość do szpitala – do najbliższego jest godzina drogi samochodem. Ja zdążyłam do niego dotrzeć, ale moja koleżanka urodziła w karetce”, śmieje się Eliza.

„Nie tylko przynoszą płodność, ale i szczęście w małżeństwie!”, zachwala swoje laleczki babcia Maria Elena, a ja zastanawiam się czy Eliza i João mają jedną z nich. Na jej granitową ławeczkę trafiamy po obiedzie, spacerze i wspinaczce na ruiny zamku Templariuszy. To czas na pogawędkę: z kosza babci Marii wyglądają nie tylko lalki, wiem, że – przy pomocy odpowiednich pyta – zaraz sypną z niego historie. „Spotykaliśmy się osiem lat zanim zostałam jego żoną, chodziłam jeszcze z innym kawalerem, ale wyszłam za niego – przeznaczenie, dziewczynko, przeznaczenie!”, Maria Elena uśmiecha się jeszcze szerzej. „Zawsze lubiłam robótki ręczne, pracowałam jako krawcowa, ale mieszkańcy płacili mi po trochu, kiedy mogli. Dlatego wolałam pracę na roli, tam na dole”, staruszka pokazuje mi palcem znajdujące się w oddali pola i na samą myśl o zejściu ze wzgórza, na które samochód wjeżdżał pojękując, a później podejściu na nie po długich godzinach pracy przechodzą mnie dreszcze. „Lalki zaczęłam robić z dziesięć lat temu, ale są one częścią naszej kultury od lat”, mówi Maria. „Ich nazwa, „marafana”, wywodzi się od arabskiego „mara haina”, „kobieta- oszustka”: mówi się, że podczas oblężenia wioseczki mieszkańcy mieli zrobić podobne kukły i poruszać nimi w rytm muzyki na murach miasta, a Maurowie, widząc, że miejscowi mają się świetnie i są pełni energii, mieli się wycofać. Na początku sprzedawałam je do sklepu, ale kilka lat temu poczułam, że muszę wyjść do ludzi”, wzdycha i aż boję się zapytać, czy została wdową, na szczęście na tarasie widokowym pojawia się przystojny staruszek, którego Maria przedstawia jako męża. Józef Joachim wrócił właśnie od fryzjera, „bo w wioseczce jest nawet fryzjer”, i pokazuje rzadkie włosy przeczesane pod czapką tak, by jak najmniej widać było łysinę. Wydaje mi się, że są pociągnięte czarną farbą – niezależnie od wieku, żonie trzeba się podobać, przyjść po nią i odprowadzić swój skarb do domu, zbliża się bowiem wieczór i robi się coraz chłodniej. Nawet miejscowa pani pasterz zagania kozy do zagrody, zbieramy się więc my. W ręku trzymam różową lalkę – choć nieskora jestem do kupowania pamiątek, tym razem nie mogę nie pomóc Marii Elenie. Monsanto żegna nas pięknym zachodem słońca, a ja tłumaczę sobie, że „marafana” jest wielofunkcyjna, nie tylko przynosi szczęście w małżeństwie, ale również podnosi współczynniki rozrodczości, dodatkowo mówi się, że odstrasza wszelkie zło… a nuż, widelec jeszcze do czegoś się przyda. Babcine ręce starannie pakują moją lalkę, a ja zabieram kawałek Monsanto do Porto – mimo iż moja „marafana” nie ma twarzy, wiem, że tak naprawdę uśmiecha się z mojej półki figlarnym uśmiechem Marii Eleny.

Kategorie: Przewodnik