Jak lekarz ze stetoskopem jeżdżę po kraju i badam moją pacjentkę – Portugalię. Ta nie miewa się zbyt dobrze: mruży powieki opuszczonych domów, kaszle na mnie okruchami kafelków i chrypie głuchym odgłosem bruku na drogach prowadzących donikąd. Gdy proszę, by podniosła koszulę, Portugalia czerwieni się ze wstydu: Lizbona to organ działający prężnie, puls jest dobry również w Porto i Algarve, jednak na szosach prowadzących do jej wnętrza ze świecą czasem szukać samochodu. Bardzo bym chciała powiedzieć pacjentce, że będzie dobrze, że się z tego wygrzebie, rokowania jednak nie są najlepsze: ja i ona dobrze o tym wiemy. To dlatego od pewnego czasu uparcie szukam mojej wioski w smutnym, wyludniającym się brzuchu Portugalii: chciałabym pomalować okiennice jednego z tych porzuconych domów, ustawić w nich doniczki pełne kwiatów, marzy mi się, by na opustoszałych uliczkach znów unosił się tupot dziecięcych stópek.

Do Castelo Mendo docieramy późnym popołudniem: orszak powitalny, złożony z czterech zmęczonych kóz, obserwuje nas bez entuzjazmu – ot kolejne nieznane twarze, nie zagrzeją tu miejsca na długo. Nie takie rzeczy widziała ich miejscowość: tereny te zamieszkane były już w epoce brązu, okoliczne ziemie okupowane były też przez Maurów, a na linii horyzontu od wieków pierś prężą wrogowie, waleczni Hiszpanie. Dwie osoby szukające wymarzonej wioski nie wywrą tu większego wrażenia – nie przyniosły nawet trawy, nie warto się emocjonować. Przechodzimy więc niezauważalnie przez bramy, wtulamy się w pieszczone sierpniowymi promieniami słońca kwiaty, mijamy zamknięte na dziesięć spustów kościoły, by wkrótce wylądować na niewielkim placyku. Spojrzenie usadowionych na ławeczce kobiet sugeruje nam, że kozy były w błędzie: dwie pary badawczych oczu aż proszą o „boa tarde!” i wyjaśnienie powodu naszego przybycia. Ich kamienne siedzisko jest niemalże punktem, gdzie trzeba uiścić myto trzema groszami rozmowy – tym bardziej przystoi to we wnętrzu Portugalii, gdzie na rozmówcę czasami czeka się tygodniami.

Wbrew pozorom Maria i Izolda nie są rodziną: strażniczki wioski są sąsiadkami, bo „rodzina to temat trudny”. Ponad osiemdziesięcioletnia Maria część pochowała na okolicznym cmentarzu, reszta rozpierzchła jej się po świecie. Dni zajmuje jej ksiądz proboszcz, któremu gotuje posiłki, i rozmowa z garstką mieszkańców, którzy jeszcze nie opuścili wioski. Ilu ich jest? Maria nie wie. Może z trzydziestu? Pewnie tak, to by się zgadzało. Kto wie, czy do mieszkańców wliczać jednak Izoldę, która wychowała się w wiosce, zaznała szerokiego świata w dalekim Aveiro, a następnie wróciła do pobliskiego miasta Guarda w tęsknocie za ojcowizną. Do rodzinnej mieścinki Izolda wraca z mężem, weekendami. Reszta rodziny? Izolda uśmiecha się delikatnie. „Rodzina to temat trudny”, słyszymy po raz kolejny.

Gdyby nie słońce, które sugeruje nam, że jego czas pracy pomału się kończy, rozmowa pewnie toczyłaby się dalej – czas jednak lepiej poznać Castelo Mendo. Wspinamy się krętymi uliczkami w kierunku zamku – więcej tu kwiatów niż ludzi, te zaś rwą się jak szalone w kierunku nieba, na wpół dzikie, na wpół dopieszczone przez czyjeś troskliwe ręce. Moje serce też rwie się w te wąskie uliczki – och jak ja już kocham tę mieścinkę! Jeszcze tylko kilka kroków i będziemy przy starej warowni – coś jednak mówi mi, by skręcić w lewo. „Na razie nic nie widzę, jak zobaczę, to na pewno ci powiem”, słyszymy słowa wypowiedziane z melodyjnym akcentem. „Boa tarde!”, oznajmiamy nasze przyjście. „Boa tarde!”, odpowiadają nam dwa zaskoczone głosy.

Maria de Lurdes mówi z akcentem kołyszącym się w rytm samby: z Portugalii wyemigrowała będąc młódką, za miłością wyjechała aż do dalekiego São Paulo. W głosie jej siostry, Marii do Céu, szumi wiatr smagający pobliskie góry: szeleści ona jak każda rodowita Portugalka. Spotykają się co roku na miesiąc, gdy pierwsza Maria przyjeżdża w lecie z dalekiej Brazylii: to właśnie wtedy druga Maria, która jeszcze pracuje, bierze najdłuższy urlop w roku. Obie siostry dzieli wtedy już nie ocean, a niewielka, pokryta kocimi łbami uliczka – śmiechom, chichom i ploteczkom, za którymi tęskniły przez długie miesiące, nie ma wtedy końca. „Mój dom znajduje się na górce, dlatego ja wszystko lepiej widzę. Jak coś wypatrzę, od razu informuję siostrę”, śmieje się starsza Maria. Młodsza, ta której domek jest na dole, ledwo wyrasta zza wielkiej rabatki – nie, żeby coś w wioseczce się działo, ale przyznaje, że uwielbia sprawozdania zdawane przez siostrę. Niedawno została wdową – każde więc słowo, każda okazja do zabicia samotności są wskazane i potrzebne. „Wyjechałam, gdy miałam dwadzieścia lat. Nie było okazji do zorganizowania wesela, byliśmy biedni, a do tego wzięliśmy ślub listownie, mój przyszły mąż mieszkał już wtedy w Brazylii. To dlatego w pięćdziesiątą rocznicę ślubu zgromadziliśmy tu w wioseczce wszystkich, których mogliśmy – z São Paulo przyjechało tu czworo naszych dzieci z wnukami, zjechało się również kuzynostwo. Był kościół, były piękne stroje, to był dla nas naprawdę ważny moment. Dobrze było zobaczyć wszystkich w miejscu, z którego pochodzimy…”, tłumaczy Maria z pagórka. „Mimo, że nie mieszkamy tu a stałe to wracamy, kiedy możemy. Każda z trzech sióstr ma tu swój domek”, wyjaśnia Maria zza bylin. „Czy trzecia siostra na imię też dostała Maria?”, pytamy z zaciekawieniem. Cisza, która nagle osiada pomiędzy wzgórkiem a kwietnikiem trwa tylko przez chwilę, jednak wróży drażliwy temat. „Nie, trzecia siostra to Izolda”, słyszymy. „Też ma tutaj domek, jednak nie rozmawiamy. Jeszcze się nie widziałyśmy, choć jestem tu od dwóch tygodni. Rodzina to sprawa trudna”, wyjaśniają nam Marie na pożegnanie.

„Izolda? Czy to nie ta pani z ławeczki?”, patrzymy się na siebie odchodząc. Czujemy się trochę, jak w telenoweli, gdzie po nitkach rodzinnej pajęczyny mamy dojść do sekretu, który czeka na nas tuż za kolejnym rogiem ulicy. „Jak można nie rozmawiać ze sobą w niewielkim Castelo Mendo?”, zastanawiam się w milczeniu. Nie mamy jednak czasu na zagwozdki, czas zobaczyć zamek, nim słońce ułoży się na górzystym posłaniu. Zamek? Chyba raczej to, co z zamku zostało… Niegdyś ważny punkt, który miał odstraszyć Maurów i Hiszpanów, dziś grodzisko wygląda jak paczka rozkruszonych herbatników. Wchodzimy do zamkowego kościoła, z którego potwór, który rozgniótł obronne mury zlizał również dach – to w tej świątyni modlono się kiedyś o powodzenie w bitwie, dziś rządowi w dalekiej Lizbonie nie w głowie renowacje takich relikwii. „Bracia, zebraliśmy się tutaj…”, hiszpański turysta, ojciec licznej rodziny, wskakuje za ołtarz udając, że odprawia mszę, a jego grupa wybucha głośnym śmiechem. Król Sancho I, który nakazał postawić warownię, przewróciłby się pewnie w grobie – dobrze, że tego nie słyszy, niech dalej spoczywa w pokoju w dalekiej Coimbrze.

Widok zmiażdżonego grodziska potrafi roztrzaskać każde kochające Portugalię serce – na szczęście schodząc z zamkowego wzgórza spotykamy kolejnego mieszkańca, którego głoski podrygują w rytm samby. „Czy to może pan jest mężem Marii de Lurdes?”, pytamy. „To wy znacie moją żonę?”, pan Virgílio jest wyraźnie zdziwiony. „Ba! Wiemy też wszystko o waszym ślubie!”, odpowiadamy z uśmiechem i, trzask, prask, tak zyskujemy kolejnego kompana do rozmowy. „W domu było nas sporo”, Virgílio z uśmiechem otrzepuje kurz z pudła wspomnień. „Pewnie nigdy nie trafiłbym do Brazylii, gdyby nie nauczyciel z miasteczka obok. Miał on żonę i dzieci, jednak wpadł z pewną młodą dziewczyną, Miqueliną. Nie wiedział co ma zrobić, więc przekonał znajomego mojej rodziny, aby wziął z nią ślub – w zamian miał im załatwić list zapraszający do Brazylii. W ten sposób znajomi znaleźli się za oceanem – obiecali oni pomoc moim rodzicom i tak my również znaleźliśmy się za Atlantykiem”, tłumaczy. „Trafiłem tam w wieku dziesięciu lat, wszystko było tak różne, takie inne!”, wspomina Virgílio. „Do Castelo Mendo wróciłem jako dorosły człowiek. Przed przyjazdem miałem sen – szedłem jedną z ulic i z okna machała do mnie dziewczyna. No i stało się – gdy dotarłem do wioseczki, spotkałem Marię i sprowadziłem ją za ocean. Co ciekawe, niegdyś dzieciarni było tu tak dużo, że nawet się nie znaliśmy jako dzieci. Dziś najmłodsze dziecko ma tu kilkanaście lat, wiatr hula po pustych uliczkach, jednak co zrobić – coś ciągnie mnie tu jak magnes”. Gdy żegnamy się z Virgílio, ten ściska nas i serdecznie dziękuję za rozmowę. „Dawno z nikim nie uciąłem sobie tak długiej pogawędki!”, mężczyzna uśmiecha się szeroko i wyrusza na spacer po sennych uliczkach.

Ostatnie promienie słońca pieszczą fasady i bujne kwietniki – nawet kozy udały się już na spoczynek, czas więc i nam ruszać w drogę. Czy Castelo Mendo będzie naszą wioską? Gdybym mogła przesunąć to miejsce na mapie, w magiczny sposób popchnąć je za zachód w kierunku Porto – wierzcie mi, nie wahałabym się nawet sekundy i niczym Atlas przeniosłabym je na grzbiecie. Zawiesiłabym w oknach firanki, rozstawiła donice, pogodziła skłócone siostry… Czy my dobrze widzimy? Gdy przechodzimy przez bramę, Virgílio stoi przy ławce, na której wciąż siedzi Izolda. Może ta historia zakończy się happy endem? Opowiem Wam przy kolejnej okazji, Castelo Mendo to jedno z tych miejsc, do których również mnie ciągnie jak magnes.

Kategorie: Przewodnik