„Dzień dobry, dziewczynko, może wiesz kto zmarł?”, starowinka zadziera głowę i patrzy na mnie wyczekująco. „Nie wiem, przepraszam, nie jestem stąd”, odpowiadam, a ona przytakuje i odchodzi. Nasze ścieżki schodzą się ponownie kilka metrów dalej, gdzie po raz kolejny pyta mnie o to samo. Pewnie zdążyła mnie już zapomnieć, pytanie wciąż ją nurtuje, a ludzi na ulicach co kot napłakał- trzeba jednak kogoś znaleźć, ktoś musi przecież coś wiedzieć.

Ja też zapewne nie spacerowałabym po ulicach Belmonte, gdyby nie specyficzny pan kustosz w zamku w miejscowości Castelo de Vide, sławnej ze swojej starej dzielnicy żydowskiej. Gdy zawitałam tam w zeszłym roku, długo raczył mnie opowieściami o mieścince, które przerwał, by zapytać przybyłą w międzyczasie rodzinę o miejsce pochodzenia. „Jesteśmy z Belmonte”, odpowiedział śniady Portugalczyk, a kustosz uśmiechnął się i powiedział, że jeśli są z Belmonte, to na pewno również mają żydowskie korzenie. „My?”, zapytał się niedowierzaniem mężczyzna. „Patrząc na Pana nos, gwarantuję, że tak”, odparł niezwykły do sprzeciwu kustosz, a rodzina przyjęła ten komentarz ze śmiechem kryjącym zmieszanie. Spojrzałam się na mojego towarzysza podróży z niedowierzaniem: nigdy bowiem nie widziałam, by w Portugalii, krainie znanej z łagodnych obyczajów, pracownik publicznej instytucji dokonywał podobnych analiz fizjonomii zwiedzających ją turystów. „Uciekamy, zanim kustosz zabierze się za nas”, mrugnęłam okiem do mojego partnera, ale nazwa „Belmonte” i zakłopotanie portugalskiej rodziny zapisała się w mojej pamięci.

Jestem więc w Belmonte i – jak w każdym nowym miejscu – szukam mieszkańca do pogawędki, ponieważ jest ich na ulicach niewielu, kieruję się do wybudowanego w 2005 roku Muzeum Żydowskiego. Pan na recepcji tłumaczy coś parze turystów w jidysz, a mnie obsługuje po portugalsku – wyjaśnia, że w liczącym mniej niż 7 tysięcy mieszkańców Belmonte obiektów muzealnych jest aż 6 i że można je wszystkie zobaczyć za 10 euro. Kupuję zbiorowy bilet i zaczynam zwiedzanie od filmu: na ekranie pojawiają się tak bardzo wyczekiwani przeze mnie mieszkańcy, członkowie żydowskiej społeczności w Belmonte, opowiadający o swoich mamach, babkach i prababkach, które z pokolenia na pokolenie przekazywały im zakazane tradycje i zwyczaje. Do 1496 roku Żydzi w Portugalii mogli bowiem żyć spokojnie – nie tylko byli szanowaną mniejszością religijną, ale również służyli królowi na dworze, a ponieważ mieli talent do zarządzania pieniędzmi, portugalscy władcy oddawali im w dzierżawę swoje tereny, jak również często się prosili ich o pożyczki. Jednak po tym, jak król Manuel postanowił pójść za przykładem sąsiedniej Hiszpanii i postawić im ultimatum – Żydzi mieli się albo nawrócić, albo opuścić jego królestwo – a jego syn, Jan III, sprowadził do Portugalii Inkwizycję, rozpoczęły się czasy prześladowań i życia w ukryciu. Rodziny wyznawały judaizm w tajemnicy, starając się zachowywać wszelkie możliwe pozory: w sabat starały się odwiedzać się wzajemnie i pojawiać się w miejscach publicznych, by nie wzbudzać podejrzeń pozostając w domu, związki małżeńskie starano się zawierać tylko pomiędzy znajomymi rodzinami, a w dni ślubu lub pogrzebu wszelkie rytuały były odprawiane w domu, a dopiero później proszono katolickiego księdza. Jak przyznają członkowie żydowskiej społeczności w Belmonte ich przetrwanie nie byłoby jednak możliwe bez tolerancyjnego podejścia ich chrześcijańskich sąsiadów – większość z nich wiedziała o tych praktykach, ale były one obiektem komentarzy raczej tylko w momencie sąsiedzkich utarczek. Na co dzień mieszkańcy starali się być wobec siebie tolerancyjni: gdyby było inaczej, po żydowskiej społeczność z Belmonte nie pozostałoby ani śladu, pochłonęłyby ją stosy Inkwizycji.

Wyruszam w dalszą drogę i tym razem mam więcej szczęścia, za każdym rogiem czeka na mnie inna twarz chętna do rozmowy. Z panią Conceicao rozmawiam o roślinach, na które burmistrz dał mieszkańcom pieniądze, aby je upięknić, pani Irenka, wdowa okryta czarnym szalem, opowiada mi historię swojej rodziny, która przybyła do Belmonte za pracą, kiedyś znajdywały się w okolicy całkiem spore szwalnie. Ponieważ ta ostatnia odrzuca moje zaproszenie na kawę – wąskim tunelem pędzi w odwiedziny do córki – kawy napiję się sama, samotność w portugalskiej kawiarni jest jednak pojęciem, które nie istnieje. Zaraz wpada do niej kilku amatorów kofeiny, bardziej niż po nią przychodzi się tu jednak na pogaduszki: wszyscy klienci chcą się dowiedzieć, kto zmarł, właścicielka przybytku cierpliwie wyjaśnia, kim jest nieboszczyk, a ja pytam, skąd właściwie wszyscy wiedzą o śmierci – okazuje się, że wydzwaniają ją dzwony miejscowego kościoła. W drodze do zamku zagaduję jeszcze jedną mieszkankę, panią Tereskę, która grabiąc liście w soim ogrodzie tłumaczy, że coraz więcej jest w Bemonte małżeństw mieszanych, pomiędzy chrześcijanami i – tu ścisza głos – „tymi tymi”. Gdy dopytuję się, o jakich „ich” chodzi, Tereska rozgląda się dookoła i teatralnym szeptem tłumaczy, że chodzi o Żydów.

„Jak więc tu z tą tolerancją, dlaczego babcia czuła, że musi ściszyć głos?”, pytam młodego chłopaka pracującego na zamku. Claudio tłumaczy mi, że mimo iż Inkwizycja zniknęła z Portugalii w XIX wieku, społeczność żydowska cały czas żyła tu w ukryciu. W 1917 roku zawitał do Belmonte polski inżynier, Samuel Schwartz, który – sam będąc żydowskiego pochodzenia – zdobył zaufanie miejscowej społeczności i nawet napisał o niej książkę, ponieważ jednak dyktator Salazar był ultrakatolicki, do wyjścia z ukrycia doszło dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku. W 1990 roku do miasteczka przyjechał rabin z Izraela, a synagoga, którą minęłam w drodze na zamek, została zainaugurowana 6 lat później. Babia Tereska wychowała się więc w czasach, o których o religii sąsiadów mówiło się jeszcze szeptem, i szeptem mówi o niej jeszcze w XXI wieku. Żegnam się z Claudio i pędzę do pozostałych muzeów, zależy mi szczególnie na tym poświęconych odkryciom geograficznym, Belmonte to przecież miejsce, gdzie urodził się Pedro Alvares Cabral, który w 1500 roku dopłynął do Brazylii. Mimo to, to nie muzea najbardziej zapadną mi w pamięć – Belmonte zapamiętuję jako miasteczko pełnych kwiatów zdobiących wszystkie drzwi, bez wyjątku – niezależnie, czy jest na nich krzyż, czy mezuza.

Kategorie: Przewodnik