Porto i ja znamy się jak łyse konie: wiem, że lubi spowić się we mgłę i zafundować mieszkańcom zimny prysznic. Od lat tłumaczę mu też cierpliwie, że ze mnie żaden Fin, co wyskoczył z sauny – nie potrzebuję, by lało na mnie wiadra zimnej wody. „Porto, ty łobuzie!”, złoszczę się, gdy zmoczy mi kolejną parę butów. „Już nawet w Londynie pada mniej!”, czasem pogrożę mu parasolką. Zdzwione Porto przestaje szorować plecy i ściąga kąpielowy czepiec. Rozbraja mnie, gdy widzę jak spuszcza wzrok, a w ręku międli żółtą kaczuszkę. „Ja tylko podlewam winogronka…”, odpowiada z niewinnym uśmiechem. „No chyba chcesz mieć wino?”, puszcza do mnie oko i – szach! mat! – pozostawia mnie bez argumentów.

Jednak dziś, drogie Porto, wypadałoby schować konewkę – dziś dzień świętego Jana, Twoje największe święto! Od tygodni tysiące rąk stroją cię w kolorowe chorągiewki, dlaczego tak bardzo Ci zależy, by zmoczyć falbany tej odświętnej sukienki? Przecieram oczy i przerażona zerkam za okno: za szybą aż ciemno od chmur i strug deszczu. „Plusk, prask!”, uradowane Porto skacze po kałużach w ubłoconych kaloszach. „Na co czekasz, nie dołączysz?”, zadziornie chlapie mi na szybę wiadrem pełnym pluchy. „Nie, nie wychodzę!”, chciałabym odpowiedzieć i schować się pod kołdrę. „Chcesz padać na świętego Jana, to baw się samo!”, do głowy przychodzą mi setki zaczepnych odpowiedzi. Niestety wiem, że znów stanie się tak, jak chce Porto – z domu muszę wyjść bez względu na pogodę, na zwiedzanie jestem umówiona z grupą pani Danuty.

Na miejscu spotkania czeka na mnie grupa spowitych w plastik rodaków – ich nieprzemakalne peleryny mienią się tęczą radosnych barw, jednak miny mają nieprzednie. „Nie zamówiła nam pani pogody na zwiedzanie!”, słyszę przy przywitaniu. „Czy czerwiec w Portugalii jest taki zimny?”, kolejne pytania kapią na mój parasol wraz ze strugami deszczu. „Wiesz co, Porto?”, mam ochotę powiedzieć. „Jak jesteś takim hultajem, to broń się teraz samo!”, chciałabym pokazać mu figę z makiem. Wiem jednak, że kocham to miasto za bardzo, by odwrócić się do niego plecami – będę go bronić jak lwica, choć niezłe z niego ziółko. Nawet w deszczu muszę sprawić, by tą szaleńczą miłością zapałało też do niego czterdziestu Polaków – dam z siebie wszystko, choćbym miała przemoknąć do ostatniej nitki.

Porto chyba to czuje, bo pomału zaczyna podnosić zwilgotniałe kotary. Na tarasach widokowych jeszcze na nas siąpi, jednak po godzinie deszcz pomału ustaje. Na ulicach panowie próbują rozpalić podtopione grile – stajemy z grupą przy jednym z nich, podziwiając upór mężczyzny, który walczy, by na ruszt rzucić sardynki. To właśnie na świętego Jana są ona najpiękniejsze i najtłuściejsze: „Sardynę to bym zjadł!”, rzuca Porto i ostatecznie zakręca kurki. Główny plac w mieście jest jeszcze w kałużach, jednak chodniki już pomału schną, a my zdejmujemy z siebie kolejne warstwy ubrań. Gdy docieramy do rzeki Douro, w jej tafli odbija się piękne słońce – jeszcze nie wiem, że za chwilę zaświeci ono jeszcze jaśniej. „Dorota, pracuję w turystyce już od dwudziestu pięciu lat i nie poznałam jeszcze lepszego przewodnika!”, usłyszę od pani Danuty. „No widzisz”, Porto uśmiecha się zawadiacko. „Znów daliśmy radę, zuch dziewczyna!”.

Nie chcę się na nie złościć, dziś przecież święto tego rozrabiaki – w powietrzu czuć podniosłą atmosferę, jest tylko jedna taka noc w całym roku! Mieszkańcy już tracili nadzieję, jednak po chmurach nie zostało ani śladu: trzeba szybciutko nadrobić czas i wystawić krzesła i stoły! Na obrusach w kratę lądują doniczki z bazylią, a w każdej z nich wierszyk o świętym Janie – cztery linijki lepiej czy gorzej zrymuje każdy, to niczym miłosna wiadomość, całus każdego mieszkańca w poliki miasta. Szybko, czas też wystawić głośniki: już niedługo buchnie z nich wesoła muzyka, będziemy jeść, pić oraz tańczyć, niech żyją hulanki i swawole! Z balkonu widzę pierwsze lampiony, które powoli wzbijają się w górę – jest ich coraz więcej, wnet niczym białe piegi pokryją niebiańskie lico Porto. Słyszę też już pisk plastikowych młotków: to właśnie nimi oraz kwiatami czosnku atakuje dziś sąsiad sąsiada. Najwyższy czas się uzbroić i wyjść z domu – już nie mogę się doczekać, by znów rzucić się Porto w ramiona!

„Czy dacie grosik dla świętego Jana?”, chłopiec o bystrych oczach koloru węgla rozszerza usta w uśmiechu. Macamy się po kieszeniach, grosików brak, a moneta o najniższym nominale to jedno euro. W oczach malucha widzimy błysk, dlatego aż wstyd byłoby mu jej nie wręczyć – dziecko łapie ją jak największy skarb, po czym układa ją z szacunkiem u stóp figurki świętego. „Może zobaczycie nasz ołtarzyk?”, pyta kilka bram dalej burza kręconych włosów, spod której wyłania się dziewczynka. Jest tak podekscytowana, że znów nie możemy odmówić. „Tu mamy świętego Piotra oraz Antoniego, a tu jest Jan”, tłumaczy. „Są najważniejsi, ale nie bardzo wiemy dlaczego”, jej szczery uśmiech w sekundę chwyta nas za serce. Mała Maria jest niczym gospodyni, jednak jej dwie koleżanki również chcą przyłączyć się do rozmowy: tłumaczą, że budowa zajęła im całe popołudnie, a najgorsze było znalezienie mchu, bo w mieście jest o niego trudno. „Jeśli wam się podoba, to tu możecie zostawić grosik”, dziewczynki wskazują metalową puszkę. Wyciągam zza pazuchy wedlowską czekoladę – po radościach w oczach dzieci widzę, że przyda się dużo bardziej od grosika. Wtem inny sąsiad z bramy porywa nas, byśmy spróbowali wina. Przez chwilę rozmawiamy, za moment już tańczymy, a po kolejnych minutach zasiadamy do nie naszego stołu: przed chwilą tu weszliśmy, a już czujemy się jak u cioci na imieninach! „Może jeszcze sardynkę, dziewczynko?”, słyszymy nieustannie, „może krewetkę, albo trochę jeszcze wina?”. „Takie jest moje miasto”, myślę sama do siebie. „Przed chwilą nieznajomi, po chwili prawie jak rodzina”. Zadowolone Porto mruży oczy i niewinnie trzepocze rzęsami. „Psioczyłaś dziś na mnie?”, szepcze mi zadziornie do ucha.

Gdy tak patrzę na Ciebie Porto, spowite w świetle fajerwerków, myślę, że lata lecą, a pomiędzy nami wciąż jest ogień. Czasem dasz mi się we znaki, po chwili jednak znów przytulisz: cieszę się, że jesteś moim domem, a pokazywanie Ciebie innym nie tylko pracą, ale również pasją. Wiem, że jeszcze nie raz pogrożę Ci paluchem, a Ty wylejesz na mnie niejedno wiaderko wody, wiem jednak, że gdy kładę głowę na poduszkę, kładę ją we właściwym miejscu na ziemi.


Stoisko z bazylią ozdobioną wierszykami.

Chcecie spędzić św. Jana w Porto? Pamiętajcie o wcześniejszym kupieniu biletów i zarezerwowaniu noclegu, oraz o tym, że trzeba się właściwie uzbroić!
Ołtarzyk chłopca o oczach koloru węgla.
Ołtarzyk Marii i koleżanek – za gościnność dziewczynki dostały tabliczkę wedlowskiej czekolady.

„Święty Janie, nasz patronie, rząd ma dużo pieniędzy, a lud w długach tonie!”.

Większe ulice są dekorowane z funduszy miasta, na dekorację tych mniejszych składają się sami sąsiedzi.
Kategorie: Przewodnik