„Zaczęło się od chleba. Wiesz, jesteśmy z Avintes, a tam piecze się słynny chleb „broa”. Było nas sześcioro, mieszkaliśmy w malutkim domku nieopodal piekarni, a Róża była córką piekarza”, zaczyna opowiadać Ferdynand. „Moi koledzy często coś do niej pokrzykiwali, próbowali ją poderwać. No wiesz, Róża zawsze była bardzo ładna! Ja jednak przypatrywałem się jej z daleka, nie za bardzo wiedziałem, jak się do tego zebrać. Aż pewnego dnia, gdy wsiadałem się za nią do autobusu, nie wytrzymałem i złapałem ją za pośladek! Odpłaciła mi pięknym za nadobne: w mgnieniu oka odwróciła się i mocno mnie spoliczkowała”, uśmiecha się Ferdynand.

„Zasłużył sobie, ale byłam na niego zła! Jeszcze zamiast uciec z autobusu on sobie w nim spokojnie usiadł!”, w kącikach ust Róży również kiełkuje uśmiech. „Później widywaliśmy się na tańcach, które niegdyś odbywały się w garażach – zatrudniana była orkiestra, dziewczyny stawały po jednej stronie sali, a chłopcy po drugiej. Ponieważ mężczyźni płacili za wstęp, a kobiety nie, to gdy byłyśmy proszone do tańca, nie mogłyśmy im odmówić, inaczej wypraszano nas z sali. Ferdynand dobrze o tym wiedział i zawsze prosił właśnie mnie!”, śmieje się Róża. „W tamtych czasach nie było tak jak teraz, o nie! Przy wielu dziewczętach stały ich mamy. Zanim porwaliśmy do tańca pannę, trzeba było poprosić o zgodę jej rodzicielkę! Gdy ta widziała, że przytulamy dziewczynę za bardzo, reagowała błyskawicznie: od razu podbiegała i przywracała porządek!”, dodają panowie António i Albertino, którzy wpadli do Róży i Ferdynanda na kieliszek likieru i przysłuchują się naszej rozmowie z sąsiedniego stolika. „Na pierwszej potańcówce z Ferdynandem chciała porozmawiać inna dziewczyna. Powiedziałam mu, że jeśli za nią pójdzie, to już nigdy ze mną nie zatańczy. Posłuchał. Po miesiącu dostał pierwszego buziaka!”, opowiada Róża. „Ile ja się po te buziaki najeździłem! Bardzo szybko poszedłem do pracy – kiedyś w portugalskich szkołach dostawało się tyczką po głowie albo linijką po dłoniach, nie mogłem tego wytrzymać, więc skończyłem tylko czwartą klasę. Widzę to, jakby działo się to wczoraj – Róża ma piętnaście lat, ja osiemnaście. Wsiadam w przerwie w pracy do autobusu i pędzę do Avintes ją pocałować, po czym znów wracam do pracy. Ach, jak mi te buziaki smakowały!”, śmieje się Ferdynand i spogląda na żonę z miłością.

„Ja musiałam chodzić do szkoły, babcia i mama bardzo tego pilnowały, pewnie ze względu na historię mojego dziadka, który był sprzedawcą bydła. Bardzo dobrze mu szło i pół Avintes należało do niego, jednak nie potrafił czytać ani pisać. Niektórzy o tym wiedzieli i proponowali mu mocne trunki, a gdy te szumiały mu już w głowie, dziadek odciskał umoczony w tuszu palec pod dokumentami, które mu podsuwano. Tak stracił większość ziem”, tłumaczy Róża. „Jego żona, a moja babcia, również parała się handlem, sprzedawała ryby, a drugi dziadek był rzeźbiarzem. To właśnie jego żona, a następnie jej córki, czyli moja mama i ciocia, zaczęły wypiekać chleb”, Róża delikatnie potrząsa gałęziami swojego drzewa genealogicznego, a z nich, niczym dojrzałe owoce, sypią się wspomnienia. „Mimo, że chodziłam do szkoły, to od zawsze musiałam pomagać w piekarni i przy sprzedaży chleba. Już jako mała dziewczynka napełniałam nim wielki kosz, po czym niosłam go na głowie do autobusu, którym jechałam do Porto. Później roznosiliśmy go po tawernach i restauracjach, aż moja mama zdobyła się na odwagę i otworzyła swój własny sklepik na starym targu Bolhão”, tłumaczy Róża. „Od kiedy poznałam Ferdynanda, to on również zaczął nam pomagać. Piekliśmy do 3 lub 4 rano, później spaliśmy na workach mąki może ze dwie godziny. Następnie Ferdynand szedł do pracy, a ja i mama wsiadałyśmy do autobusu, aby zawieźć to wszystko na targ. Spotykaliśmy się w ten sposób cztery lata aż pewnego dnia powiedziałam mu, że może warto by było wziąć ślub”, śmieje się Róża. Może nie jest to romantyczne, ale okazało się skuteczne – małżeństwem jesteśmy od 39 lat!”

Co jakiś czas przy stoisku pojawiają się klienci, których Róża i Ferdynand obsługują z uśmiechem. Do sklepiku podchodzi też pan, który ku mojemu zdziwieniu nie odchodzi z butelką, a z tajemniczym pudełkiem. „Skoro na początku sprzedawaliście chleb, to kiedy pojawiło się wino?”, pytam, gdy para wraca do stolika. „W pewnym momencie mąż, który wcześniej pracował jako szlifierz, malarz mebli, garbarz, ochroniarz, a nawet sprzątacz, dołączył do mnie na targu. Mogliśmy nie mieć przysłowiowego euro na kawę, ale chcieliśmy, aby nasze dzieci miały na studia, musieliśmy więc jakoś zwiększyć sprzedaż. Ferdynand zaczął wypiekać wtedy ciasta – do dzisiaj gdy coś upiecze i przynosi do spróbowania, to wszyscy z sąsiednich stoisk liżą palce!”, śmieje się Róża. „Gdy sklepik obok się zwolnił, wpadliśmy na pomysł, żeby sprzedawać w nim wino. Pamiętam jak dziś – zaczęliśmy od 56 butelek. Następnego dnia mieliśmy jednak problem – ktoś na nas naskarżył, poinformował szefostwo targu. Gdy do nich poszliśmy, tłumacząc, że postaramy się o pozwolenie, usłyszeliśmy, że mamy się nie martwić i robić swoje”, tłumaczy Ferdynand. „Można powiedzieć, że z winem miałam do czynienia od zawsze. Kiedyś na śniadanie ludzie nie jedli grzanek i nie pili kawy z mlekiem, tak jak robią to teraz. Aby mieć siły do pracy moi rodzice często jadali gęstą zupę, a nam, dzieciom, moczyli ciepły jeszcze chleb w winie po czym posypywali go cukrem”, tłumaczy Róża. „W winie?”, dopytuje z niedowierzaniem. „Tak, w winie, ale takim domowym, bez dodatków i konserwantów, wierzono, że takie nie zrobi dziecku krzywdy. Pewnego dnia pałaszowałam to z takim smakiem, że później wywróciłam się na schodach. Już nigdy śniadanie tak mi nie smakowało”, śmieje się Róża. „Do dziś sprzedajemy chleb do tradycyjnych restauracji w Porto – te, do których jeszcze moja mama chodziła z koszem na głowie, nie chcą kupować go od nikogo innego”, uśmiecha się Ferdynand i z dumą wymienia listę swoich stałych klientów. „A ten pan, który odszedł z pudełkiem, czy on też przyszedł po chleb?”, pytam, ponieważ zżera mnie ciekawość. „Nie, można powiedzieć, że to nasz podopieczny”, tłumaczy Róża. „Miał wypadek, nie jest w stanie pracować. Kiedyś, gdy jeszcze mógł, pomagał nam w drobnych obowiązkach, teraz już nie może. Gdybyśmy mu nie pomogli, nie miałby co włożyć do garnka, codziennie przynosimy mu więc świeże jedzenie. Dzisiaj żyje nam się spokojnie, nie wiemy jednak, co przyniesie jutro – staramy się więc być dobrymi ludźmi i traktować wszystkich z szacunkiem. Wierzymy, że każdy z nas ma dar – dar pomocy bliźniemu, który jest w potrzebie. Niczego w zamian nie oczekujemy – wierzymy, że wszystko, co robisz z serca i tak do ciebie wróci”, tłumaczy Ferdynand i odchodzi do kolejnego klienta.

Nie zostaję jednak sama- do stolika, przy którym małżeństwo serwuje wino, podchodzi José Luís, pracownik sklepu mięsnego, który od lat przychodzi tu po obiadku po szklaneczkę truneczku na trawienie. Rozmawiamy o tym, że spora część klientów Róży i Fernanda to Koreańczycy. „Tak, do sklepiku przyszedł kiedyś jeden z ministrów Korei, ktoś zrobił zdjęcie i umieścił je na Instagramie. Od tego czasu można powiedzieć, że 80% naszych klientów z zagranicy to pochodzi właśnie z tego kraju. Wydaje mi się, że oni po prostu sobie ufają i chodzą do miejsc, które są polecane przez ich rodaków. Spacerują po targu z naszym zdjęciem i szukają nas do skutku”, tłumaczy Róża z dumą. Z opowiadań pary wnioskuję, że w ostatnich czasach sporo musieli się nauczyć – jako młoda dziewczyna Róża chodziła na francuski, więc dogaduje się w tym języku. Jeśli jednak chodzi o angielski idzie jej trochę gorzej, dlatego niedługo wybiera się na kurs organizowany przez szefostwo targu. „Jeśli otworzysz głowę, to uda ci się nauczyć wszystkiego, co sobie wymarzysz, mówię ci”, zachęca Ferdynand z uśmiechem. „Ostatnio przyszli do nas klienci i cały czas mówili o jakiejś «taxi fee», nie wiedzieliśmy, o co chodzi, myśleliśmy, że może chcą zadzwonić po taksówkę”, tłumaczy. „Szukaliśmy odpowiedzi na wszystkich sąsiednich stoiskach i w końcu okazało się, że turystom chodziło o «tax free». Szybko nauczyliśmy się, co i jak, i już teraz potrafimy perfekcyjnie wypełnić ten druczek”, opowiada nie kryjąc zadowolenia.

Nauka o winach również trwa cały czas i Ferdynand z dumą mówi, że już niejeden turysta dziękował mu za szczegółowe wyjaśnienia, dużo dokładniejsze od tych, które otrzymał w samych piwnicach wina porto. Najtańsza buteleczka w sklepiku to miniaturka wina porto za 1,5 euro, najdroższa butla to klasyk portugalskiego winiarstwa, „Barca Velha”, za 600 euro. Jednak jak twierdzi zgodnie para, nie chodzi wcale o to, aby klient wydał u nich jak najwięcej, ważne jest to, aby odszedł zadowolony. „Kieruję się kilkoma prostymi zasadami: po pierwsze, w moim sklepiku znajdziecie tylko wina, których sam spróbowałem i które uważam za smaczne, dlatego dobrze wiem, co sprzedaję. Czasami dystrybutor oferuje mi wina w doskonałych cenach, jednak gdy ich próbuję, wiem, że to nie jest to – wtedy grzecznie mu odmawiam. Oznacza to, że czasami tracę klientów, szczególnie Portugalczyków, którzy szukają tu tanich win z supermarketu. Gdy pytają się o konkretne wino, które ja uważam za kiepskie, tłumaczę im, dlaczego go nie sprzedaję, a później częstuje ich kieliszkiem dużo lepszego trunku”, wyjaśnia. „Po drugie, mam cały czas otwartą głowę i szukam nowych, dobrych win. Zobacz, to znalazłem całkiem niedawno – gdy zamknąłem sklepik w sobotę, zorientowałem się, że nie zabrałem do domu buteleczki na niedzielę, a na obiadek mieli przyjechać syn z synową. Poszedłem do sklepu i poprosiłem o dobre, lekkie wino – pani podała mi to, «A Lavradeira». Po wyglądzie butelki można by powiedzieć, że jest nic nie warte, jednak dałem mu szansę i okazało się moim odkryciem roku. Od razu zamówiłem je do mojego sklepiku”, opowiada Ferdynand. „Po trzecie, wierzę, że tak jak mierzy się ubrania w sklepie z odzieżą, tak powinno się próbować win w sklepie z winami. Niektórzy uważają mnie za szaleńca, ale czasami nalewam klientom dwa rodzaje wina, jedno za 5 euro za butelkę, a drugie za 15 euro za butelkę, i jeśli smakuje im bardziej to pierwsze, to właśnie z tą butelką odchodzą. Wszyscy gonią za pieniędzmi, a to i tak nie ma sensu – wszyscy kiedyś umrzemy. Nie zależy mi na zbiciu fortuny, chciałbym tylko zostawić coś swoim dzieciom. No i żeby klienci byli zawsze zadowoleni”, dodaje Ferdynad z uśmiechem.

Oglądamy z Ferdynandem kolejne wina: białe, zielone, czerwone i różowe, wino Porto, wino z Madery oraz dwa rodzaje portugalskiej wiśnióweczki „ginginha”, której można tu skosztować w czekoladowej filiżaneczce. Zaglądamy też na półki z mocniejszymi trunkami, na przykład portugalskimi wódeczkami, jednak dla stałych zaufanych klientów Ferdynand ma coś specjalnego: winogronową wódeczkę „od chłopa”, idealną na trawienie. „Czy nie jest trudno pracować ze swoją drugą połówką?”, pytam z zaciekawieniem. „Czasami jest”, odpowiadają zgodnie Róża i Ferdynand, „jednak nie ma burzy, która by nie przeszła. Gdy któreś z nas się zezłości, mówi drugiemu, że idzie na chwilę na kawę. Przewietrzy głowę i zaraz wraca”, tłumaczy Róża. Gdy pytam o ulubione wino, to ostatnie, którego napiliby się w życiu, Ferdynand rozbawia mnie, odpowiadając jak typowy Portugalczyk. „To zależy, co miałbym wtedy jeść”, uśmiecha się szeroko i przez chwile rozprawia o winach idealnych do ryb, wołowiny, lub koziny, po czym w końcu wybiera jedną markę: „Chryseia”. Róża ma z odpowiedzią na pytanie dużo mniejszy problem. „Ostatnie wino w życiu?”, pyta radośnie po czym oznajmia ” Różowe wino Bacalhoa. Tak łatwiutko wchodzi, że człowiek czuje, że wypił, dopiero kiedy próbuje wstać”, chichocze. „A jakie wino najbardziej lubią pić Polacy?”, pyta po chwili z zaciekawieniem. „Już pamiętam, zazwyczaj jak do nas przychodzisz, to chcą spróbować tego zielonego, ponieważ jest to dla nich nowość. Następnym razem jak przyjdziesz do nas z twoimi turystami, to otworzymy dla Was bardzo dobrą butelkę!”, oznajmia Ferdynand i obdarowuje mnie kolejnym uśmiechem.

——————-

Róża i Ferdynand pracują od 9:00 do 18:30 na targu w Porto. Nie jeżdżą na wakacje i odpoczywają tylko w niedzielę – mówią, że ich niewielki sklepik z winem jest jak dziecko, i nie chcą go zostawić bez opieki. Zazwyczaj zahaczam o ich stoisko z moimi wycieczkami, które wyrażają zainteresowanie winem: w moim towarzystwie możecie liczyć tam na świetne ceny i traktowanie. Gdybyście wpadli do nich beze mnie, to koniecznie pokażcie im ten artykuł – tak jak ucieszyli się, że dotarli do Korei, ucieszą się z tego, że słyszeli o nich również goście z Polski <3.

Kategorie: Przewodnik