Ścieżka prowadzi ostro w górę, kamienie wyślizgują mi się spod nóg, tak jakby wszystkie chciały stoczyć się w dół, w kierunku cywilizacji. Ja obieram kierunek wręcz przeciwny: za plecami pozostawiam Regoufe, gdzie poznałam Idalię, dumną właścicielkę jedynej w wiosce kawiarni, oraz jej wnuczkę Karolinę, jedną z dwojga zamieszkujących ją dzieci, i kieruję się w stronę Drave, wioski, którą ostatni mieszkaniec opuścił 18 lat temu. Czy szedł dokładnie tą samą drogą, co ja? Zapewne tak, tylko do ludzi, czyli w dół jak te kamienie. Przez następne pół godziny zastanawiam się, co czuje człowiek, który jako ostatni opuszcza miejsce, w którym się urodził. Czy odczuwa smutek, czy może ulgę? Czy myśli, żeby zawrócić? To tak zaprząta moje myśli, że wspinaczka prawie mnie nie męczy, a z rozważań wyrywa mnie tylko piękny widok majestatycznych gór, gdzieniegdzie przyprószonych pudrem różowych kwiatów. To tu po raz kolejny widzę strzałkę z napisem „Drave” – nie wiem, ile kilometrów już za mną, wiem tylko, że przede mną moje marzenie.

Drave. Od kiedy przeczytałam tą nazwę, wiedziałam, że kiedyś tam trafię – pięć liter, których zbitek nic nie znaczy, a które dla mnie znaczyło tak wiele. Artykuł o opuszczonej wiosce przeczytałam kilka lat temu, wymiętoszone kartki przeprowadzały się ze mną z mieszkania do mieszkania, aż w końcu trafiły do równie wymiętej foliowej koszulki, do teczki marzeń odkładanych na potem. Kilka razy już miałam jechać, kilka razy nie wyszło – pogoda, praca, dorosłe życie, tak bywa. Dziś jestem na ścieżce, przygrzewa piękne słońce – nie mam czapki ani kremu z filtrem, ale niczym się nie martwię, bo na horyzoncie pojawia się ona! Wioseczka wtapia się w krajobraz, trudno ją wypatrzeć, zdradza ją jedynie bielona ściana kapliczki wielkości paznokcia mrówki. „Witaj Drave, tęskniłam za Tobą!”- szepczę, mimo iż wiem, że to głupie, przecież nigdy tu nie byłam. Może do moich polskich kości dobrała się portugalska „saudade”, kto wie, nie czas o tym myśleć – Ty, Drave, jesteś tam, ja jeszcze tutaj, czy wiesz, jak bardzo rwą mi się do Ciebie nogi?

Mimo iż w drodze do Ciebie mijam kilkanaście osób, wszystkie one już wracają ze szlaku, tylko ja pędzę do Ciebie, jak pędzi się w ramiona kochanka. Gdy przekraczam Twoje progi, wiem, że warto było na Ciebie czekać – witam się z każdym kamieniem, z każdym domem bez dachu, z każdym oknem bez szyby. Obchodzę Cię wzdłuż i wszerz, schodzę w dół do strumienia, wspinam się pod górę i idę aż do ostatniej chaty – wszędzie pusto. Z niedowierzaniem czytam tablicę na ścianie kaplicy: podobno w 1946 roku zebrało się tu około 600 krewnych i znajomych zamieszkującej Drave rodziny Martins. Tam gdzie niegdyś słychać było „Jak tam twoje kozy?”, „Przynieś dynię z grządki!”, lub jakikolwiek miejscowy odpowiednik „Tato, a Marcin powiedział…”, dziś szeleszczą wszechobecne liście traw i drzew, które wprowadziły się w międzyczasie do chałup, teraz mówi się tu po ichniemu, a nie po ludzku. Wśród porośniętych bluszczem ścian wyróżnia się kilka domków odnowionych przez harcerzy, którzy czasami tu nocują – o tej porze jednak również oni zeszli już ze szlaku, ja i Drave jesteśmy sam na sam. Ponieważ nikt mnie nie widzi, przez chwilę wracam do czasów dzieciństwa i puszczam mydlane bańki – Drave nosi przecież przydomek „magicznej osady”, a czy jest coś bardziej magicznego niż radość ze spełnionego marzenia? Bańki unoszą się i rozpraszają się po wiosce: przez chwilę wydaje się, że Drave znów tętni życiem, że po raz kolejny zjechali się tu krewni i znajomi rodziny Martins, panowie proszą panie, do tańca przygrywa akordeon, sukienki i fartuszki wirują na wietrze. Bańki jednak rozpryskują się jak kolejni mieszkańcy, którzy umierali lub opuszczali wioskę, ta znów jest całkowicie pusta …Cyt, iskierka życia zgasła.

Gdy opuszczam Cię Drave, czuje się jak Joachim Martins, ostatni człowiek, który zamieszkiwał Twoje ciało z łupka i Twoją granitową duszę. Idę tą samą drogę, którą szedł on, by po śmierci swojej żony zamieszkać z córką w znajdującym się za górami Regoufe. Powłóczę nogami, odwracam się za siebie, jeszcze widzę Cię w dali, może by jednak wrócić, może by zasiać dynie, wypasać kozy, może by zostać i trwać tu uparcie, jak ostatni człowiek na świecie? Krok do przodu, dwa kroki do tyłu, krok do przodu…Drave, jesteś jak magnez! Idę z ciężkim sercem, odwracam się bez przerwy, jak zapewne robił to pan Joachim. Żegnaj Drave, zakochałam się w Tobie po uszy, teraz wiem, że tęskniłam za Tobą od zawsze.