W nocy z 28 na 29 marca 1809 mieszkańcy Porto nie zmrużyli oka. Silny wiatr oraz burza rozszalały się nad miastem, tak jakby pogoda zapowiadała nadchodzącą tragedię: do Porto zbliżały się wojska Napoleona pod komendą generała Soulta, a miasto dysponowało jedynie 200 działami i około 24 tysiącami źle uzbrojonych mężczyzn. Pogoda sprzyjała najeźdźcom, którym udało się wtargnąć do miasta.

O ósmej nad ranem w Porto wybuchła panika: ludność uciekała w stronę rzeki, po brzegi wypełniając dobrze nam znane ulice, takie jak Rua das Flores lub Rua dos Mercadores. Wszyscy próbowali przedostać się na drugi brzeg, do Vila Nova de Gaia: kto miał na to środki, wynajmował łódź, niektóre z nich były jednak tak przeładowane, że wywracały się do góry nogami. Większość mieszkańców w popłochu rzuciła się więc w kierunku mostu pontonowego, którego konstrukcja opierała się na barkach i który stał w miejscu, w którym obecnie znajduje się słynny most Ludwika. W pewnym momencie ilość osób na moście przekroczyła bezpieczny limit i przerzucona przez barki kładka załamała się. Nie widząc, że biegnące przed nimi osoby wpadają do rzeki, przerażeni mieszkańcy nadal brnęli na most… Do dziś nieznana jest dokładna ilość ofiar, szacuje się ją że w tragedii zginęło ponad 10 tysięcy osób.

Kiedy kawaleria Napoleona dotarła do brzegu Douro, obraz pogromu zmroził krew w żyłach żołnierzy i Francuzi z własnej woli pomagali mieszkańcom. Ich dobrotliwość nie potrwała jednak długo: kolejne trzy dni spędzili na kradzieży, morderstwach i gwałtach. Okupacja Porto trwała 45 dni i z powodu konsekwencji, jakie przyniosła dla miasta, uznawana jest za jedną z najbardziej mrocznych stron w historii Porto.