„Olaboga, przecież to w głowie się nie mieści, i jak tu się modlić?”, wykrzyknęła pani z oprowadzanej przeze mnie polskiej pielgrzymki. Do dziś pamiętam jej szeroko otwarte oczy i pytanie: „Skąd u Franciszka tyle złota?”.

Rzeczywiście, kościół z zewnątrz wygląda dość niepozornie, w środku złoto kapie jednak ze ścian – jest go, według specjalistów, ponad 400 kilo! Nie zdobi go ono jednak od zawsze, jako że Portugalczycy dość długo nie mogą znaleźć tego kruszcu. Gdy w 1500 roku odkrywają Brazylię, nadaremnie szukają go na ziemiach tuż przy oceanie – głównym towarem eksportowym staje się więc drewno, a następnie tytoń oraz cukier. Jednak pod koniec XVII wieku portugalski przemysł cukrowy przeżywa kryzys – w wytwarzaniu tego produktu coraz lepsi stają się w swoich koloniach w Ameryce Centralnej Anglicy, Francuzi oraz Holendrzy. Ponieważ stabilność finansowa kraju zależały między innymi od podatków, które były pobierane od dochodów z handlu towarami sprowadzanymi z Brazylii, portugalscy władcy zachęcają zamieszkujących te ziemie poddanych, aby zapuszczali się w nieznane dotąd tereny w poszukiwaniu drogocennych kruszców. I jest, hura – w 1679 roku ówczesny gubernator Rio de Janeiro ogłasza pierwszy sukces, mamy złoto! Ilość Portugalczyków, którzy opuszczają Europę w pędzie za złotem jest tak ogromna, że zacznie niepokoić samego króla Jana V, a w samej Brazylii czasami wyludniją się całe miejscowości, których mieszkańcy przeniosą tam, gdzie wyższe jest prawdopodobieństwo znalezienia tego kruszcu. Trzcina cukrowa i tytoń przechodzą na drugi plan – wszystkim chodzi po głowie złoto! Mimo iż większość pokładów wyczerpała się pod koniec XVIII wieku, do dziś o wyżej wspomnianym władcy, Janie V, uczymy się, że był „piąty”, ponieważ narzucił podatek, wedle którego jedna piąta złota wydobywanego w Brazylii należała do niego. Za pieniądze te zdążył pomóc obronić Europę przez zagrożeniem tureckim, biorąc udział w bitwie u przylądka Matapan, wybudować, między innymi, monumentalny pałac w Mafrze oraz przepiękną bibliotekę uniwersytecką w Coimbrze, kruszczu nie mogło zabraknąć również na liczne ołtarze oraz na złocenie kościołów.

W kościele św. Franciszka prace pod tym kątem rozpoczęły się w XVII wieku i trwały 165 lat, jednak pokrywające jego ściany złoto zostało podarowane w tym wypadku nie przez władcę, a przez rodziny, które wybierały ten kościół za miejsce wiecznego spoczynku. Powstałe w tamtych czasach boczne kaplice służyły jako prywatne miejsce pochówku i swego rodzaju „bilet do raju” dla tych najbogatszych, jednak ciała chowane były również pod drewnianymi płytami, które skrzypią i uginają się pod naszymi stopami. Nie bójcie się, nie chodzicie jednak bowiem po grobach – gdy w XIX wieku portugalskie prawo zakazało pochówku w kościołach, kości zostały ekshumowane i umieszczone w znajdujących się tuż obok katakumbach, do których również warto zajrzeć. Tam, w przeszklonej podłodze, czeka na nas prawdziwe „memento mori” – morze czaszek i piszczeli rozpościerające się tuż pod naszymi stopami robi wrażenie!

Czy warto wejść do kościoła św. Franciszka? Zdecydowanie tak – gdybym miała wybrać jeden jedyny zabytek w Porto, do którego warto zapłacić za wejście, zdecydowanie byłby to właśnie ten kościół. Jest on otwarty przez cały tydzień, a wejście na dzień dzisiejszy kosztuje 6 euro. Chętnie zaznaczę Wam go na mapie, a jeśli wolicie zwiedzić go z przewodnikiem, to możemy oczywiście wejść do niego razem!